piątek, 27 marca 2015

Perfecta hydrożelowe płatki pod oczy

Hej kochani! :) Jakiś czas temu, w TYM poście pokazywałam Wam płatki pod oczy i dziś chciałam Wam coś więcej o nich powiedzieć :) Prosiła mnie też o to Mummy EnVogue (jej blog TUTAJ, serdecznie zapraszam :))


Płatki teoretycznie są 35+ ale mi to nie przeszkadza :)


Producent  mówi nam, że:


Hydrożelowe płatki pod oczy błyskawicznie wygładzające zagniecenia i zmarszczki mimiczne. Polecane do pielęgnacji każdego typu skóry, dla osób po 35. roku życia. Zawierają kolagen oraz witaminy A i E o silnych właściwościach wygładzających, liftingujących i nawilżających skórę. Ponadto wyciąg z zielonej herbaty rewelacyjnie redukuje opuchliznę i cienie pod oczami, a ekstrakt z aloesu oraz alantoina łagodzą podrażnienia i zaczerwienienia skóry. Dzięki zastosowaniu ultranowoczesnej, hydrożelowej technologii, składniki aktywne dostarczane są bezpośrednio do najgłębszych warstw naskórka, co intensyfikuje i znacznie przyspiesza działanie płatków. Efekt działania widoczny już po pierwszym zabiegu.


Natomiast skład wygląda tak:


Niestety nie mogę Wam pokazać, jak płatki wyglądają w środku, bo mimo że zrobiłam zdjęcia to oczywiście zapomniałam ich zrzucić na komputer, a kartę pamięci zostawiłam w Rzeszowie - cała ja :D

Wierzcie mi na słowo, że w środku wyglądają tak, jak u pani na etykietce ;) W dotyku są miękkie, strona wierzchnia przypomina delikatną bawełnę ;)

Nie mam jakoś specjalnie dużych cieni pod oczami, akurat tego dnia były bardzo słabe, aczkolwiek kiedy wstaję bardzo wcześnie, okolica pod oczami jest opuchnięta i wyglądam jakbym od tygodnia nie żyła :P Dodatkowo pojawiają mi się odgniecenia i okrągłe nibyzmarszczki ( na zdjęciu widoczne na prawym oku)
Generalnie powinno się ich używać około 2-3 razy w tygodniu, jednak ja tylko w czwartki nie potrafię się wyspać, bo biegam na uczelnię z samego rana, dlatego używam ich raz w tygodniu :)


Płatek, kiedy przyłoży się go do twarzy jest chłodny i powoduje uczucie świeżości, jednak nosi się je trochę niewygodnie, zwłaszcza jak trzeba spojrzeć w dół. Same w sobie nie spadają ani nie odklejają się. Po 20 minutach zaczynam czuć nieprzyjemne gorąco, które powoduje, że nie daję rady trzymać płatków dłużej (producent zaleca około 30 minut, chyba... :P)
Po ściągnięciu ich płatki są cieplutkie, a oko nieco się poprawia. Płatki niestety nie redukują cieni, nawet tych najmniej widocznych, ale widocznie zmniejszają opuchliznę i wygładzają wszelkie odgniecenia, nibyzmarszczki, etc. Oko wygląda troszeczkę lepiej, skóra jest miękka, jednak ciepło, które się utrzymuje nie pozwala mi poczuć się świeżo. Dopiero, kiedy pozostały żel trochę się ochłodzi, zaczynam czuć się lepiej i mogę spokojnie nakładać makijaż :) Producent zaleca stosowanie płatków na krem, a nie przed jego nałożeniem :)

Ogólnie płatki oceniam na 3/5 i nadal szukam mojego ideału na smutne czwartkowe poranki ;)


Stosowałyście? A może wolicie inne sposoby na redukcję cieni i obrzęków? Piszcie koniecznie! :)


Buziaki :*



wtorek, 24 marca 2015

Marzec w obiektywie: Weekend pełen wrażeń


Dzień dobry robaczki! Jak Wam mija wtorkowe przedpołudnie? ;) Post miał być wczoraj, ale tyle się działo, że kiedy wróciłam do mieszkania, padłam i obudziłam się dziś ;) Weekend też miałam dość "pracowity", ale bardzo pozytywnie, bo przecież megaodpoczęłam!

W piątek odwiedziła mnie przyjaciółka z Dżublina <3 Zrobiłyśmy sobie wspólny weekend w Rzeszowie :)

Zdjęcie z insta, więc jakość nie powala :P

Najpierw "zwiedziłyśmy" Millenium i poszłyśmy do kina na "Focus" - genialny film, serdecznie polecam!


Oj, długi dziś post ;)

Później tradycyjnie przepadłyśmy na kawie ^^ W sobotę zrobiłyśmy sobie włajaż po sklepach, przepadłam w Inglocie, na szczęście kupiłam tylko 3 rzeczy. Mogliście torebkę z zakupami zobaczyć na moim fanpage'u, a dziś przedstawię Wam jej zawartość ;)


Zaopatrzyłam się w końcu w kasetkę na cienie oraz w dwa wkłady: matte 318 i rainbow 107 :)


Jak to zwykle bywa z Ann, nie obyło się bez sesji nad Wisłokiem ;) Zdjęcia robione późnym wieczorem, zachciało nam się spaceru :D





Sukienka: Cropp
Kardigan: NewYorker
Zakolanówki: dostałam w prezencie ;)
Buty: Tally Weijl
Plecak: C&A
Kurtka: lokalny butik
Chustka: chyba C&A :P
Zegarek: House




W niedzielę byczyłyśmy się w mieszkaniu, oglądałyśmy film ze studniówki :D i piekłyśmy babeczki z krówkami, niestety nie mam zdjęć :C

Mniaaaami <3

Ann wróciła do dżublińskiej rzeczywistości i od razu zrobiło się zimno. Ja jednak nie miałam dość wrażeń, dlatego znów wybrałam się do kina, tym razem na film "Zbuntowana". Pewnie wiecie, że jestem ogromną fanką tej serii, zarówno jeśli idzie o film, jak i książki, dlatego nie mogłam sobie odpuścić ;)
No i... nie zobaczyć Theo Jamesa na dużym ekranie? <3



Film bardzo dobry, będzie o nim coś więcej wkrótce :)


Tak się prezentuje caaały mój weekend! Tyle się działo, że mam wrażenie, że minął miesiąc ;) A jak Wam mijały pierwsze dni wiosny? :) Piszcie koniecznie! A ja lecę na kolokwium :D

Tak lecę :D


Buziaki! :*















środa, 18 marca 2015

Najcudowniejszy krem do twarzy od Bielendy



Hej moje robaki! :) Dzisiaj chcę przedstawić Wam mojego ulubieńca wśród kremów do twarzy, których przetestowałam naprawdę milion. Panie i panowie, oto Bikini! ;)


Bielenda bikini ochronny krem do twarzy SPF 30. 

Dlaczego krem do twarzy nazywa się bikini?

Jest to krem, który chroni nas podczas ekspozycji na słońce. Jestem osobą, która używa kremów z SPF cały rok, ponieważ promienie słoneczne docierają do naszej skóry również zimą. Krem przeznaczony jest do cery mieszanej i tłustej, ma nawilżać i zapewniać ochronę anti age. Producent pisze o nim:

Specjalistyczny produkt ochronny do twarzy uwzględniający potrzeby skóry tłustej i mieszanej.
Lekka, nietłusta konsystencja, nie obciążająca cery, nie zatykająca porów.
Produkt wielosezonowy i wielozadaniowy – ochrona skóry twarzy latem na plaży, zimą w górach oraz jako city bloker. Ochrona Anti - Age na poziomie komórkowym, skuteczne nawilżanie. Zawiera kwas hialuronowy.
Deklarowana ochrona UVA/UVB jest osiągana przy ilości filtra 2 mg/1 cm2 skóry (czyli minimum 1-1,25 ml na samą twarz; 1,5-1,8 ml na twarz i szyję; ok. 30 ml na całe ciało; często ponawiać aplikację w ciągu dnia).


Czy tak właśnie jest?


Skoro to mój ulubieniec to pewnie tak ;) Ale po kolei :)

Krem zamknięty w wygodnej tubce, łatwo się go aplikuje. W składzie znajdziemy całą tablicę Mendelejewa, ale za to nie ma tam szkodliwych wysuszaczy, etc. Duży plus za to :) 
Skład:


Jest gęsty, ma zbitą konsystencję. 


Ważną cechą jest to, że bardzo łatwo się rozsmarowuje i niesamowicie szybko wchłania. Skóra po jego użyciu od razu robi się miękka, elastyczna i odrobinę jaśniejsza, bardziej zdrowsza. Nakładam go zazwyczaj ilość widoczną na zdjęciach, ona wystarcza mi na całą twarz :)


Bardzo na plus jest to, że krem nie bieli. Podczas aplikacji faktycznie jestem nieco bledsza, ale kiedy się wchłonie, nie ma po nim śladu. Na zdjęciu poniżej rozsmarowany na małym kawałku dłoni.


Teraz działanie, czyli czy jest tak jak obiecuje producent. Lekka, nietłusta konsystencja, nie obciąża cery, nie zatyka porów. Krem naprawdę jest bardzo lekki, w ogóle nie czuć go na twarzy, nie lepi się, jest przyjemny i bardzo delikatnie pachnie latem ;) Faktycznie nie obciąża mojej cery i co ważne nie zapycha. Jest więc idealny pod makijaż i tak właśnie go stosuję :) 
Bardzo się z nim polubiłam i na pewno będę do niego wracać, bez względu na porę roku.

Krem ma jednak jeden, bardzo istotny minus: nie można go dostać nigdzie wiosną, jesienią i zimą. No po prostu nigdzie. Do kupienia jest tylko latem i tylko jako gratis do kremu ochronnemu do całego ciała. Jest to ogromny minus, bo jako osoba, która stosuje filtry cały rok, jestem bardzo nieszczęśliwa, bo inne kremy dostępne zimą mają fatalny skład i nawet nie chcę ich próbować. Krem trzeba kupować na zapas i to jeszcze z ogromną ilością kremu do opalania, którego nijak nie da się zużyć, bo nie jest taki fajny i nie jest zamiennikiem balsamu do ciała :C

Podsumowując: mimo iż krem na duużą wadę, nie przekreśla ona jego technicznych zalet, więc spokojnie oceniam go 5/5. Nadal jest on moim ulubieńcem i choć nie lubię lata, nie mogę się doczekać, aż będę mogła go kupić z powrotem ;)

Znacie? Lubicie? Polecacie coś innego? Piszcie koniecznie, buziaki! :*



sobota, 14 marca 2015

Farmona Peeling do ciała + Nowości :)

Helou! :) Dzisiaj post łączony, ponieważ  będzie recenzja kosmetyczna oraz króciutki przegląd moich ostatnich nowości. Zapraszam serdecznie! :)


Na pierwszy ognień idzie peeling cukrowy Tutti Frutti Kiwi & Karambola z Farony. Skusiłam się na niego chyba dlatego, że był w promocji. 

Producent pisze o nim:

Kiwi & Karambola cukrowy peeling do ciała o wyjątkowych właściwościach pielęgnacyjnych oraz o apetycznym zapachu kiwi ze słodką nutą karamboli.
Eksplozja radości i energia na cały dzień!
Orzeźwiające połączenie dojrzewających  na słonecznych wyspach Indonezji złocistych owoców karamboli oraz soczystego aromatu kiwi oszałamia intensywnym zapachem  i wypełnia radością na cały dzień.
Cukrowy peeling doskonale myje, regeneruje i pielęgnuje ciało. Dzięki zawartości masła Karite głęboko nawilża, odżywia i ujędrnia skórę, sprawiając, że staje się zachwycająco miękka i delikatna.
Naturalne kryształki cukru i zmielone łupinki orzechów macadamia zanurzone w odżywczym olejku,usuwają martwy naskórek i wygładzają ciało.  Zawarty w peelingu  ekstrakt owoców noni, zwiększając wydzielanie endorfin, wprowadza w doskonały nastrój, stymuluje pozytywną energię i radość, a wibrujący zapach egzotycznych owoców odpręża, orzeźwia i pobudza do działania. Skóra pozostaje odżywiona, natłuszczona, dzięki czemu nie jest konieczne używanie balsamu.


Peeling zamknięty jest w dużym opakowaniu (300g) z zakręcanym wieczkiem. Bardzo podoba mi się to rozwiązanie, bo produkt nie otwiera się bez powodu. :)

Wieczko jest dość grube i ciężkie, co też jest bardzo fajne.

Skład:


I tu na pierwszym miejscu mamy parafinę :C Ona daje o sobie niestety znak w działaniu. W sumie skład nie zachwyca, mamy tu zamiennik parabenu (ethylexylglycerin) i wazelinę, czyli nic dobrego. Ale o tym potem.


Sam produkt chroni foliowa nakładka. Jego zapach określiłabym na zgniłojabłczanokiwiowy, ale to wcale nie oznacza, że jest zły. Powiem szczerze, że jest całkiem ładny, chociaż przebija się przez niego zapach chemiczno-parafinowy, jest dość ciężki


Peeling ma zbitą konsystencję, jest gęsty, a drobinki są odpowiednio grube. Za to duży plus :)



Jeśli chodzi o jego działanie, faktycznie jest to bardzo dobry zdzierak. Skóra po nim jest miękka, ale nie nawilżona. Szczerze mówiąc, nie zauważyłam żadnego nawilżenia ani odżywienia. Wszystko najprawdopodobniej za sprawą parafiny, która blokuje innym składnikom dostęp do skóry. 
Właśnie w kwestii parafiny...
Już podczas aplikacji peelingu czuć satynową, parafinową warstwę na skórze, która nie znika po wypłukaniu ciała. Jest to bardzo nieprzyjemne, ponieważ jeszcze długo po kąpieli/prysznicu mam wrażenie, że moje ciało jest śliskie, przez co inne kosmetyki nie wnikają dobrze, a niestety po jego użyciu potrzebuję położyć na skórę coś nawilżającego.

Podsumowując: peeling jest dobrym zdzierakiem i ma nienajgorszy zapach, jednak to chyba jedyne jego plusy. Ogromną wadą jest parafinowa powłoka, która przynajmniej mi uniemożliwia dalsze fukncjonowanie.

Moja ogólna ocena to 2/5



A teraz haul zakupowy z ostatnich dni :)


Bourjois Healthy Mix - skusiłam się w końcu na niego, kiedy była promocja w Hebe i póki co jestem zadowolona. Nie używam go długo, ale sprawdza się dobrze. Mam wrażenie, że jest trochę zbyt różowy, ale obiegowa opinia zawsze podpowiadała mi, że wszystkie burżuje są żółte. Może to tylko wrażenie? Macie jakieś pomysły?

Avon Planet Spa mus do ciała - kupiłam go też jakiś czas temu i już go chwilę poużywałam, ale o nim będzie osobna recenzja :) Na chwilę obecną mogę powiedzieć, że obłędnie pachnie! Mogłabym go jeść ;)

Tołpa green, regenerujący krem na naczynka - kupiłam go bo jako jedyny był przeceniony :D poza tym, kiedy przyjeżdżam do domu, nie mam żadnego kremu. Delikatny problem z naczynkami mam, więc będzie mi się dobrze go testowało :)

Bielenda Argan Face Oil - czytałam o nim na wieeeelu blogach i w końcu, kiedy zobaczyła promocję w Rossmanie, postanowiłam go kupić :) Użyłam go dopiero raz, więc nic jeszcze nie umiem powiedzieć, ale nie spodziewałam się, że to takie maleństwo :P

Tarka do stóp i pilniczek z Rossmana - kupiłam, bo starą tarkę zgubiłam :D, a stary pilnik już dokonał żywota. Zresztą mam ochotę na jakieś SPA dla stópek :)

Płatki pod oczy - 35+ ale i tak postanowiłam je sprawdzić. Używałam kiedyś jakichś bardzo tanich i bardzo dobrych, ale oczywiście kupiłam na raz kilka sztuk, a kiedy się skończyły, zapomniałam nazwy :D Teraz szukam nowego ideału ;)

Maseczka nawilżająca Bielenda - użyta już raz, ale zmieszana z łyżką miodu, więc nie wiem, jak działa samodzielnie. Moja cera chłonie wszystkie maski, więc zawsze lubię próbować czegoś nowego :)


I na koniec dwie rzeczy, które na szybko dodałam, bo przyniosła mi je przed chwilą mama :)

Delia henna do brwi - brązowa, używałam jej już kiedyś i wypadła bardzo dobrze, może dzisiaj powtórzę zabieg :)

Olej kokosowy - to chyba nie jest typowy olej, którego można używać także do smażenia, ale na razie postanowiłam przetestować ten do samej twarzy i włosów, bo tylko taki dostępny jest u mnie stacjonarnie :)

I to by było na tyle. :) 

Dajcie koniecznie znać, czy czegoś używaliście, co lubicie i co możecie jeszcze mi polecić :) Zwłaszcza, jeśli chodzi o zdzieraki, bo tego chyba nie kupię ponownie ;)

Buziaki :*



poniedziałek, 9 marca 2015

Podsumowanie akcji u Anwen: miesiąc z Kallosem

Hej kochani :) Miesiąc temu na blogu u * Anwen * pojawiła się akcja: miesiąc masek do włosów. Wzięłam udział, bo kocham maski i była to pierwsza taka akcja, w której dokładam swoje dwa grosze :) Do testów wybrałam maskę Kallos Algae i jeśli chcecie wiedzieć, jakie efekty uzyskałam, zapraszam dalej :)

Najpierw zacznę od samej maski.


Maska zamknięta w typowym dla Kallosa wielkim opakowaniu, w ilości niemożliwej do zużycia ;) Cena w Hebe to około 14 zł, chociaż u mnie w lokalnych drogeriach można je dostać nawet za 10 :)
Wieczko jest trochę niestabilne, ale to również cecha charakterystyczna tej firmy (chyba że to ja zawsze trafiam na takie felerne ;)), musiałam uważać, żeby łapać ją za "słoik", a nie za wieczko, ale to nieznaczny minus. Zapach mnie drażni, kojarzy mi się z pogrzebem, na którym pełno bzów (nie znoszę ich zapachu). Skład całkiem przyjemny:


Dużo emolientów,olejki, ekstrakty, kallosowa moc silikonów... no i alkohol benzylowy, czyli tykająca bomba, która z impetem wpadła do mojej włosowej czary goryczy i mocno ją przelała.

Książki powinnam pisać xD

Kupiłabym jakąś bez tego składnika, ale akurat innej nie było, wszystkie miały alkohol (jeszcze wyżej w składzie), a akcja zaczynała się tego dnia, więc, jak to mówią, wzięłam co dali :D

Jak widać, w masce brak protein, które trzeba było uzupełniać. Mimo to ich brak trochę odbił się na kondycji moich włosów.


Maska ma gęstą, zbitą konsystencję. Jak widać (albo i nie :D), zużyłam w ciągu tego miesiąca całkiem sporo, bo jestem maniakiem Kallosów, nigdy nie umiem ich zużyć w ciągu "przepisowych" 12 miesięcy (bo mam milion innych :D), dlatego nakładam wielokrotność jednej porcji.
Wiem, że grzeszę :C


No to teraz działanie :)

Moje włosy przed rozpoczęciem akcji wyglądały tak:




W sumie nic specjalnego, ale byłam w miarę zadowolona. Odrost razi i nigdy nie przestanę zastanawiać się, skąd pochodzi ten jeden zafarbowany kosmyk, który odrostu nie posiada :D
Włosy trochę się tu strączkują, ale po prostu tak mają, że jeśli ich nie przeciążę, są bardzo napuszone, nie ma nic pomiędzy niestety. :C

Mniej więcej w połowie stosowania postanowiłam znowu zrobić zdjęcie, aby lepiej móc porównać działanie maski :)

Tu wyglądają ogólnie chyba najlepiej ever.

Włosy jakby wyglądały lepiej, trochę mniej się puszyły i mogłam dociążyć je w miarę bezpiecznie. Na zdjęciu jednak widać, że końce zaczynają już wołać o pomstę do nieba. W dotyku włosy były miękkie, ale koncówki były straszne, wszędzie znajdowałam białe kulki i generalnie wiedziałam, że jak już złapię moją fryzjerkę to spora część spadnie. Na zdjęciu tego nie zobaczycie, ale maska zrobiła ze mnie 'przychlasta' - objętość spadła, włosy u nasady stały się bardziej oklapnięte, nie chciały się mnie słuchać, kiedy odganiałam je na tył głowy, a włosy na długości pozostały bez zmian, czyli czasem się puszyły, czasem strączkowały, czasem nawet jedno i drugie (moje włosy są inwalidami).

Po zakończeniu akcji poszłam do fryzjerki, która zapytała mnie, ile razy prostowałam włosy od kiedy ostatni raz się widziałyśmy. Zastanowiłam się chwilę, odpowiedziałam że zero i zrobiło mi się bardzo smutno. Miało pójść dwa centymetry, ale niestety musiało pójść więcej. I tak oto prezentowały się następnego dnia:


Zdjęcie w słabym świetle i robione kiepskim sprzętem, odrost pozostał na swoim miejscu (tu go prawie nie widać :D)
Jak widać uciekło mi sporo włosów, widać, że gdzieniegdzie odstają "rozerwane" włoski (zdjęcie bez lampy). Były miękkie i w ogóle, ale niestety, nie wszystkie zepsute końce spadły (zgodnie stwierdziłyśmy, że krócej już nie). Dalej czułam, że są szorstkie, pojawiały się kulki, ale na chwilę obecną opanowałam sytuację.

Po stosowaniu tej maski przez cały miesiąc, moje włosy potrzebowały potężnej dawki protein, dlatego zafundowałam im SPA, w którym nie było bezproteinowego produktu. Zrobiły się ładne, niestety zaczęły się puszyć ;P Taki to już mój los, heheszki :)

Podsumowując, maskę oceniam na 3/5. Drobne punkty za jakieśtam działanie, odejmuję dwa za alkohol i straszny stan moich końców.

Na koniec porównanie wszystkich 3 zdjęć:


Aż mi smutno jak na to patrzę :D

Teraz tylko muszę czekać aż odrosną ;)

Używałyście ostatnio jakichś cieakwych masek? :) Piszcie! A ja wracam do niemieckiego :P

Buziaki :*






piątek, 6 marca 2015

Rezerwat Niebieskich Ptaków czyli coś dla leniwych :)

Witajcie moi drodzy! :) Niby człowiek wraca na weekend do domu, a i tak nie ma na nic czasu... ciągle coś nowego się dzieje! Też tak macie? :) Dziś miała być recenzja kosmetyczna, ale zbuntowało się wszystko, co mogło: światło dookoła, mój aparat i czas, którego mi wiecznie brakuje. Wobec tego przychodzę dzisiaj z recenzją książki :)

ewanowak.com

Dlaczego napisałam, że to książka dla leniwych? Dlatego, że jest to bardzo lekka lektura, nie wymaga zbytniego myślenia ;)
Jestem osobą, która książki czyta dla absolutnej przyjemności i nie znoszę musieć myśleć, kiedy czytam dla relaksu :P Nie ma więc na mojej liście książek powieści psychologicznych, kryminalnych, detektywistycznych ani dramatów (za nimi nie przepadam, bo są smutne). Rezerwat Niebieskich Ptaków to luźna opowieść o dwójce ludzi w wieku licealnym, którzy stopniowo się docierają, poznają, aż w końcu podejmują ważne decyzje. Brzmi to poważnie, wiem ;) Ale Ewa Nowak cechuje się banalnością swoich tekstów, pisze o tym, co rzeczywiście ją otacza.

Historia Sary i Łukasza to po prostu zwykła opowieść o dwójce dzieciaków. Jednak jest w niej co, co sprawiło, że przeczytałam ją 5 razy pod rząd. :)

Ztyłuksiążka mówi nam, że:

Rodzina Sary Wieckiej, nastolatki z Warszawy, z dnia na dzień staje się bardzo bogata. Nagła zmiana statusu społecznego sprawia, że człowiek zaczyna zastanawiać się nad swoją przyszłością, Sara jednak, jak się wydaje, nie ma na to czasu. Seria miętowa to współczesna Polska: aktualne problemy, radości i tematy z życia tu i teraz.

Ewa Nowak bardzo lubi powtarza postaci, przez co jej książki to rodzaj sagi. Bardzo dobrze jest czytać jej książki w odpowiedniej kolejności, żeby więcej zrozumieć (tą kolejnością jest chyba rok wydania, logicznie myśląc :D). 


empik.com


Sara różni się od reszty swojej rodziny, jest pokorna i skromna, a kiedy poznaje Łukasza, obie te cechy stają się jeszcze bardziej widoczne na tle jego przebojowości.

Książka napisana jest prostym językiem, pokazuje szeroko zakrojone mankamenty społeczne, wplecione w zwykłą opowieść. Powtarzam się :)

W zasadzie Rezerwat... czytałam dość dawno, jednak mam ochotę do niego wrócić, będzie to cudowna odskocznia od Krasickiego -.- Nie wiem, czy z perspektywy czasu wciągnęłaby mnie tak bardzo, że aż przeczytałabym ją 5 razy pod rząd, niemniej jednak z czystym sumieniem zaliczam ją do moich ulubieńców :)

Generalnie książkę oceniam na 5/5 i polecam każdemu, kto w wolnym czasie nie lubi wysilać intelektu :P

A Wy co ostatnio czytaliście? :)



Przeczytaj zanim skomentujesz!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz i zawsze odwiedzam blogi komentujących :) Jednak jeśli obejrzysz zdjęcia i napiszesz "super post/recenzja/migawka/ulubieńcy/denko/cotamchcesz", lepiej sobie daruj. Dla mnie liczy się jakość komentarzy, a nie ich ilość. Nie piszę tych postów dla siebie ;) Jeśli uważasz, że za dużo tu czytania, przynajmniej wyłap esencję. Puste komentarze są bardzo przykre ;)