Witaj na Selfmadeheaven. Blogu, który już od jakiegoś czasu nie funkcjonuje. Przestałam bawić się w blogowanie kosmetyczne i przerzuciłam się na więcej pisania, niż kolorowych obrazków. Poza tym, świetnych blogów kosmetycznych jest od groma :) Nie usuwam go głównie przez sentymetn. Przez to, że zdjęcia mi się podobają i przez to, że tęskniłabym za nim, gdybym go usunęła. Dlatego będzie mi miło, jeśli przeglądniesz jakieś moje stare posty w poszukiwaniu informacji albo inspiracji, ale raczej nie pojawi się tu nic nowego :)
W międzyczasie zapraszam Cię na mój nowy blog, gdzie jest więcej do czytania, pozdrawiam!

piątek, 3 marca 2017

40 MIESIĘCY BEZ FARBOWANIA WŁOSÓW


Cześć Króliczki! W końcu jestem! Zdałam wszystkie egzaminy, napisałam dwa rozdziały pracy i w końcu mogę się czymś zająć ;) Planowałam inny post, ale on może jeszcze poczekać. Jakiś czas temu policzyłam, że wraz z końcem lutego minęło równe 40 miesięcy od kiedy ostatni raz farbowałam włosy. Jeśli jesteście ciekawi, jak zmieniły się od tego czasu, zapraszam :)

Włosy ostatni raz farbowałam w październiku 2013 roku. Wtedy przyszedł moment, kiedy zauważyłam, że moje włosy przypominają siano i za nic nie chcą rosnąć. Podjęłam decyzje o powrocie do naturalnego, szaromysiego polskiego blondu. Tak prezentowały się mniej więcej w tym okresie:


Na zdjęciach widać, że wpadały w rudoczerwone tony (które z czasem wypłukały się do koloru jajka), były suche i niekoniecznie długie. Postanowiłam zapuszczać stopniowanie i grzywkę i za nic nie farbować. Czy mi się udało?
I tak i nie.

Choć od 40 miesięcy nie używałam żadnej farby do włosów, miałam krótką przygodę z rumiankiem (płukałam nim włosy przez miesiąc jakoś w zeszłym roku, bo nie chciałam stracić blondu ani zdrowych włosów) i jeszcze krótką ze sprayem rozjaśniającym z Balea na bazie wody utlenionej. Co prawda żadne z nich nie zniszczyło mi włosów, odrost zaczął się tworzyć na nowo (nawet po rumiaku!). Poza tymi dwoma ekscesami, uparcie włosy odżywiałam, smarowałam, olejowałam i robiłam wszystko, co tylko mogłam, żeby odzyskały dobrą kondycję. Jednocześnie starałam się czasem zastosować coś z rumiankiem, żeby delikatnie podbić blod, który został i rozjaśnić odrost, ale były to odżywki lub szampony, nic bardziej agresywnego.

W lutym 2017 roku moje włosy prezentują się dużo lepiej, choć po zimie mam mocno zniszczone końcówki, a umówienie się do fryzjerki zawsze odkładam na jutro. Niemniej jednak dziś jestem z nich zadowolona, odrost ładnie stapia się z farba (choć nic nie robiłam w tym kierunku, samo się tak stało), całość jest nawet dobrze zgradientowana i nie ma już żółtkowej poświaty.


Po lewej zdjęcie z zasłoniętą roletą na oknie, po prawej - z odsłoniętą. 

Odrosty są w kolorze szarego, mysiego blondu, którego nie lubię i chciałabym znaleźć sposób, żeby rozjaśnić włosy w naturalny sposób, ale bez odrostów :D Teraz są też dużo gładsze niż wtedy i parząc na nie, myślę, że warto było odżałować te tony pieniędzy na wszystkie odżywki i oczywiście na moją fryzjerkę, która wie, ile to centymetr ;)

A Wy farbujecie włosy czy wracacie do naturalsów? A może nigdy nie używaliście farby? ;)

Ja już uciekam, trzymajcie się ciepło, buźka!



czwartek, 16 lutego 2017

JAK SPAKOWAĆ KOSMETYCZKĘ NA WYJAZD


Cześć kochani! :) Dziś mam dla Was kilka moich sposobów na spakowanie kosmetyczki na kilkudniowy wyjazd. Zapraszam :)



MINIATURKI

Dla podróżujących to jest rzecz naturalna, że zamiast targać ze sobą całe butle szamponów czy żeli lepiej wziąć coś na kilka razy, co zużyjemy w trakcie wyjazdu. U mnie świetnie sprawdza się przede wszystkim szampon z Babydream (kupiłam raz i przelewam z dużego Bbd jak wyjeżdżam) i odżywki z serii Gliss Kur, które starczają mi na jedno mycie włosów :) Do tego mini micel z Biodermy, którego nie lubię, ale używam na wyjazdach, aż się skońćzy, wtedy będę sobie przelewać swoje ulubione. Zawsze zabieram ze sobą też miniaturkę żelu/płynu do higieny intymnej, tutaj dodatkowo znalazł się krem pod oczy i żel do twarzy z Clinique ;)




PEŁNOWARTOŚCIOWE, ALE MAŁE

Kiedy wyjeżdżamy na 1-2 dni nie ma najmniejszego problemu z wzięciem miniaturki żelu pod prysznic czy toniku. W przypadku wyjazdu na min. 5-6 dni branie miniaturek żelu się nie opłaca, przynajmniej u mnie :D Dlatego kupuje żele pełnowartościowe, ale o mniejszej pojemności niż te, których używam w domu. Tak samo robię z żelami do twarzy i tonikami. Biorę także waciki i produkt, który może być wielofunkcyjny. Serum z Dermedic używałam rano jako serum i wieczorem jako krem na noc.




MINIMALIZM 

Pakując kosmetyki kolorowe, staram się jak najbardziej skondensować ich ilość. Wybieram takie paletki cieni, żebym mogła jednego z nich użyć jako bronzera, jednego jako rozświetlacza. Tak samo robię z pędzlami - szukam takiego, który będzie dla mnie wielofunkcyjny. Rezygnuję także z pomady do brwi, zastępując ją kredką, która zaoszczędzi mi kolejny pędzel oraz z linera, który wcale nie jest mi niezbędny. Do tego wybieram tylko jedną pomadkę do ust, którą mogę męczyć cały wyjazd. Minimalizm to klucz do sukcesu pakowania się :P




PRÓBKI

To kolejny punkt, bez którego nie wyobrażam sobie wyjazdu, Kolekcjonuje próbki z gazet, aptek i perfumerii, aby wykorzystać je na wyjeździe. Nie muszę dzięki temu brać ogromnego balsamu do ciała ani bawić się w przelewanie go do mniejszych pojemniczków (nie znoszę przelewania produktów do tych samolotowych kubeczków). Lubię zabierać ze sobą próbki balsamów do ciała, kremów do rąk i twarzy, a także saszetki z peelingami ;)



I to by było na tyle, dajcie znać, jaki jest Wasz sposób na pakowanie kosmetyków, ja już uciekam, trzymajcie się ciepło, buźka! 







czwartek, 9 lutego 2017

MOJA WALKA Z PRZESUSZONĄ / ODWODNIONĄ CERĄ


Cześć Prosiaczki! ;) Przychodzę do Was dzisiaj z przeglądem kosmetyków, które uratowały moją twarz przed osypaniem się. Od razu też zaznaczam, że nie mam profesjonalnej wiedzy ani wykształcenia w zakresie dermatologii czy kosmetologii, dlatego też post nie nazywa się "sposoby na...", ale "moja walka" i własnie o tym chcę Wam napisać. Może akurat jeden z moich sposobów sprawdzi się tez u Was ;) Zapraszam!



ZACZĘŁO SIĘ PRZYPADKIEM

Dawno, dawno temu... Nie, jakoś na początku jesieni przypadkowo weszłam do Douglasa, pooglądać kolorowe opakowania. W środku zaczepiła mnie babeczka, która zaproponowała mi darmowe badanie skóry. No to usiadłam obok drugiej babeczki, która zaczęła jeździć po mojej twarzy gumowym mikrofonem. Okazało się, że poziom nawilżenia mojej skóry jest bliski zeru. Pani powiedziała, że powinnam się już dawno pokruszyć i spytała o moją pielęgnację. Kiedy wymieniłam wszystko, nakrzyczała na mnie za to, że nie używam toników i jak tak można. Mam traumę po stosowaniu klejących się i śmierdzących toników z Ziaji, Yves Rocher, Nivei i Garniera, mimo to pobiegłam do Superharm i kupiłam tonik z Evree, który okazał się miłością mojego życia. Od tamtej pory nie rozstaję się z tonikami, choć na stan mojej cery zdecydowanie wpłynęło więcej czynników. Niemniej jednak tonik był pierwszym krokiem do zdrowej, miękkiej skóry :)
Obecnie używam dwóch toników - Evree i nawilżający z Bielendy. Oba są świetne i się nie kleją! <3





DEMAKIJAŻ OLEJKAMI

Żadne tam micele. Micele podrażniają i nie zmywają całego makijażu. Kiedyś, kiedy borykałam się z tłustą i jednocześnie - jak mi się wydawało - suchą skórą, panicznie bałam się olejków. "Ale jak to, na tłustą cerę jeszcze tłusty olejek? Nie zwariowałam jeszcze". Więc używałam wszelkich płynów micelarnych, a moja cera nadal była przetłuszczająca się i boleśnie ściągnięta zarazem. Któregoś dnia dałam szansę olejkowi do demakijażu z Evree i oszalałam. Cera była miękka, gładka i wyglądała naprawdę zdrowo, do tego nie bolała przy każdym ruchu, uśmiechu czy ziewaniu. Do tego od kiedy wprowadziłam pielęgnację olejową, moja cera jest mniej tłusta. Wniosek z tego taki, że brakowało jej warstwy zatrzymującej wodę i produkowała nadmiernie sebum. 
W taki sposób pokochałam demakijaż olejkami, nadal używam wspomnianego Evree, a kiedy jestem w domu rodzinnym do demakijażu służy mi olejek z Sephory i olej kokosowy. Zawsze po zrobieniu demakijażu oczyszczam twarz żelem.




ŻELE OCZYSZCZAJĄCE MUSZĄ BYĆ ŁAGODNE!

Kiedyś nie miałam pojęcia, jak duże spustoszenie sieją SLESy i SLSy na twarzy, która przecież jest tak delikatna, a moja to już w ogóle. Szorowałam więc się ostrymi, matującymi żelami, aż moja cera zaczęła się sypać. Później - w dużej mierze pod wpływem pani doktor z Douglasa - zaczęłam szukać czegoś łagodnego. Większość aptekarek i znajomych polecało mi Cetaphil, ale unikam parabenów jak ognia, a przecież cud-Cetaphil to parabeny zamknięte w butelce, dodatkowo nie używając wody do oczyszczania czuję się megabrudna i zanieczyszczona. Trafiłam na kremowy olejek z Ziaji, który okazał się wspaniałym zamiennikiem dla rakotwórczego cudu za pół stówki. Używałam go bardzo długo, aż pani w SuperPharm przyjrzała się mojej skórze i powiedziała, że najlepszą opcją dla mojej - nie dość, że odwodnionej to jeszcze wrażliwej - cery będą pianki myjące. Złapałam więc Pharmaceris z serii A, który także okazał się strzałem w 10! Używam go na przemian z Ziają, a teraz w ramach testu Ziaję zamieniłam na Biolaven :)




SERUM TO TAKI ZBĘDNY DODATEK

Tak sobie właśnie myślałam, mijając sera w drogeriach. Myślałam, że to dodatkowa pielęgnacja albo zamiennik kremów na dzień. Czy mogłam się aż tak mylić? Ano mogłam.
Bardzo długo nie miałam pojęcia, że istnieje coś takiego, jak odwodnienie skóry. Myślałam, że jestem jakimś szczególnym przypadkiem cery tłustej i suchej jednocześnie. Kiedyś zrobiłam sobie jakiś test online, który powiedział mi, że moja skóra może być mieszana i odwodniona. Pod spodem było wytłumaczenie, czym różni się odwodnienie od suchości. O, jakże mnie olśniło! Mojej skórze brakuje wody! Co zrobiłam?

Tak, pobiegłam do SuperPharm. Lubię aptekarki stamtąd, zawsze są miłe, znają się na rzeczy i zawsze dobrze doradzają :) Tym razem jednak dałam sobie radę sama i znalazłam jedno jedyne serum nawadniające, a nie nawilżające. Był to Dermedic. Używałam go kilka miesięcy, a teraz, kiedy moja skóra jest w lepszym stanie, stosuję go czasem na noc (znikają po nim pryszcze!), bo już się tak dobrze nie wchłania - moja skóra tyle nie potrzebuje. Dermedic to moje ulubione serum, poleciłam je mojej współlokatorce, której skóra odchodziła płatami i również u niej się sprawdziło :)
Ostatnio zaczęłam używać serum z witaminą C, które ma pomóc moim przebarwieniom oddelegować się z mojej twarzy. Po nim skóra również jest miękka i przyjemnie promienna :)




OLEJKI PIELĘGNACYJNE

Teraz, kiedy już wiem, że moja twarz potrzebuje wody, postanowiłam używać też czegoś, co tę wodę zatrzyma na dłużej. Z pomocą przychodzą mi wspomniane już wcześniej olejki do demakijażu, ale także te pielęgnacyjne. W tej kategorii mam dwóch ulubieńców - olejek z Evree Magic Rose i olejek z awokado. Pierwszy przyjemnie zmiękcza cerę, wchłania się przez noc, a rano skóra jest promienna i wygląda na bardzo wypoczętą (i nie piecze przy ziewaniu!). Oprócz tego olejek okropnie śmierdzi, ale jestem w stanie to znieść. Gdyby działał gorzej, pewnie bym go oddała.
Olejek z awokado jest bardziej tłusty i gorzej się wchłania, dlatego używam go rzadziej. Działa przeciwzapalnie, więc stosuję go, gdy mam jakieś większe niedoskonałości :)




MICEL NIE JAKO MICEL

Zmywanie makijażu płynem micelarnym zdarza mi się tylko na wyjazdach, bo boję się przewozić olejki w kosmetyczce. Generalnie nie lubię ich w tej roli, ale świetnie nadają się do odświeżania twarzy rano. Pisałam już o tym kilka razy. Dzięki temu moja skóra jest ładniejsza z rana, bo zdejmuję nadmiar sebum, do tego jakoś łatwiej mi ją przepłukać, wszystko schodzi razem z micelem. Obecnie używam dwóch, ale tylko jeden mam przy sobie - jest to Vianek i nawilżający micel z Evree :)




KREMY JAKO ZWIEŃCZENIE DZIEŁA

Dawniej wszystkie moje kremy wyświecały się po ok. 2 godzinach. Dzisiaj tego problemu prawie nie ma, bo po pierwsze, używam lepszych kosmetyków niż kiedyś, a po drugie, tonik robi całą robotę i przyspiesza wchłanianie kremu. Obecnie mam w swoich zapasach 2 kremy, latem dochodzi jeszcze Bielenda SPF 30 i Vichy SPF 50. O kremie Clinique rozpisałam się w poście o ulubieńcach stycznia i nie zmieniam zdania - cera wygląda wręcz idealnie. Na wiosnę zacznę znów stosować Pharmaceris SPF 20, bo moja skóra wymaga filtrów, kiedy zacznie przygrzewać słońce ;)




CO JESZCZE?

Przede wszystkim przestałam wysuszać moją mieszaną cerę. Nauczyłam się, że wszystkie te kosmetyki robią jeszcze większe szkody. Dlatego w ogóle w swojej pielęgnacji nie mam produktów przeznaczonych do tłustej i mieszanej cery, żadnych matujących specyfików zawierających wyłącznie alkohol. Wyrzuciłam też produkty z parafiną (wodę w organizmie zatrzymują u mnie olejki) i przede wszystkim zmieniłam mentalność. Kiedyś kupowałam jakie bądź kosmetyki. "Nawilżający krem na dzień, spoko". Nie patrzyłam na składy, nie sprawdzałam, co moja skóra lubi. Dzisiaj jestem bardziej surowa wobec kosmetyków i nie boję się wydać więcej, jeśli skład czy przychylne opinie sugerują, że ten kosmetyk może się sprawdzić. Pamiętajcie, że Wasza cera oraz Wasze ciało to inwestycja. Im więcej dla nich zrobicie, tym lepiej one będą się prezentować ;)

I to by było na tyle ;) Dajcie znać, jakie są wasze historie z pola walki o lepszą cerę! Ja już uciekam, trzymajcie się ciepło, buźka!



P.S. Nie myślcie, że używam tego wszystkiego jednocześnie :D

piątek, 3 lutego 2017

MIŁOŚĆ - SIŁA, KTÓRA ROZKRUSZA LODOWCE


Cześć kochani! Kilka dni temu portal Rabble zaproponował, abym napisała Wam moje przemyślenia dotyczące miłości. Już dawno chciałam otworzyć serię, w której będzie mniej kosmetyków, a więcej gadania, ale trudno mi było zacząć. Mail od Rable.pl skłonił pomógł mi zrobić pierwszy krok ;) Dziś mam dla Was kilka moich refleksji o miłości, zapraszam! :)


KIEDY W ORGANIZMIE FENYLOETYLOAMINA
To słowo, po którym większość z Was pomyślała "eee macarena" to związek chemiczny, zwany hormonem miłości ;) Odpowiedzialny za odczuwanie pożądania. Kiedy poznajemy nową osobę, nasz mózg działa na pełnych obrotach. Zwykle wystarczą zaledwie 4 sekundy, aby wiedział, czy ta osoba nam się podoba. Analizuje pozytywne i negatywne cechy wyglądu i po 4 sekundach zaczyna (lub nie) produkować fenyloetyloaminę. Działa ona jak narkotyk, powoduje odczuwanie motylków w brzuchu :) Świat wtedy jest piękniejszy, patrzymy na niego przez różowe okulary, wszystko wydaje się nam idealne. Mamy także więcej energii, chęci do życia i częściej się uśmiechamy. Zauważyłam też, że kiedy w organizmach szaleją miłosne hormony, ludzie są milsi i bardziej uwrażliwieni, empatyczni. Coś w tym jest ;)
Fenyloetyloamina wytwarzana jest mniej więcej przez 2 lata. Po tym czasie ważnym hormonem jest endorfina, która odpowiada za nasze poczucie bezpieczeństwa u boku drugiej osoby. 2 lata to często okres kryzysów w związkach, dlatego warto pielęgnować swoją miłość, aby uczucie nie wygasło! :)
Tyle teorii :D



NAUKA O KOMPROMISIE

Miłość to sztuka poświęceń. W moim przypadku związek to szkoła, w której uczę się dochodzić do kompromisów, przełamywać egoistyczne pragnienia i poświęcać się dla drugiej osoby. Jestem osobą, która lubi mieć wszystko albo nic. Nie lubię dzielić się swoim czasem, nie jestem skłonna do kompromisów. To znaczy nie byłam. Stały związek nauczył mnie, że czasem w życiu trzeba odpuścić, że nie można mieć wszystkiego. Nauczyłam się poświęcać swoje plany na rzecz planów kogoś innego. Zmieniać zdanie w ostatniej chwili, podróżować w towarzystwie. Robić zakupy w towarzystwie. Spędzać czas w towarzystwie. Polubiłam obecność drugiego człowieka. ;)
Głęboko wierzę, że miłość robi z każdego lepszego człowieka. Dajcie znać, czy Was związek zmienił ;)




CELEBROWAĆ MIŁOŚĆ

Walentynki nie muszą, choć mogą oznaczać wyjście do restauracji czy do kina. Może to być także wyjazd "w zielone", w góry, do innego miasta na kilka godzin. Może być to spacer po parku. Święto zakochanych nie musi nawet wiązać się z kosztami. Można usiąść na kanapie i obejrzeć film, zrobić wspólnie sernik, wypić gorącą czekoladę. Pamiętajmy też, że miłość nie wolno celebrować wyłącznie 14. lutego. Trzeba pielęgnować ją cały czas, żeby hormony nie wyparowały! :)



SAMOTNI TEŻ MAJĄ PRAWA!

Miłość nie dotyczy jedynie par! Samotni również mają prawo rozpieścić się w ten zimowy, walentynkowy czas. Będąc sama, choć denerwowała mnie ta cała celebracja, serduszka wyskakujące z każdego rogu, to nie zapominałam o sobie. Tego dnia zazwyczaj robiłam sobie domowe SPA, na które składały się moje ulubione kosmetyki i rytuały (jeśli macie ochotę, na portalu Rabble możecie złapać kody rabatowe np. do Sephory i Avon'u). Wypachniona, gładka i piękna sięgałam zazwyczaj po ulubioną książkę i wcale nie były to romanse ;) Ten dzień dobry jest na przeczytanie czegoś z poradników, refleksyjnego opowiadania psychologicznego czy historii o przyjaźni między kotem a człowiekiem ;)



MIŁOŚĆ NIE TYLKO DLA PAR

Niedługo Walentynki, święto zakochanych. W ten dzień pary celebrują swoje uczucie, świętują zakochanie. Na ulicy można spotkać pełno kobiet z różą w ręce lub mężczyzn, pędzących z bukietem na spotkanie ukochanej. 
Czy jednak miłość przeznaczona jest tylko dla par? Nie.
Walentynki to faktycznie święto zakochanych, ale miłością otaczamy nie tylko swojego życiowego partnera. Miłość dajemy rodzinie, przyjaciołom, zwierzętom domowym. Otrzymujemy ją od najbliższych, dzielimy ją z najważniejszymi dla nas osobami. Miłość chowa się pod każdym zdjęciem, wspomnieniem, biletem do kina. Nie zapominajmy o tym, że miłość to każda ważna dla nas jednostka. ;)



I to by było na tyle moi drodzy, dajcie znać, czy taka forma postów Wam się podoba, czy chcecie czytać więcej pogadanek nie tylko o kosmetykach? ;)
I oczywiście piszcie, jak u Was z miłością, co zmieniła w Waszym życiu lub co chcielibyście, aby zmieniła. ;)

Ja uciekam, trzymajcie się ciepło, życzę Wam bardzo udanych Walentynek, które spokojnie (tak jak my) możecie spędzić w dresie, oglądając seriale i zajadając się domowymi słodyczami :)

Buziaki!

I pozdrowienia dla mojego chłopaka, który od rana myśli, że post będzie w całości poświęcony jemu :*







sobota, 28 stycznia 2017

ULUBIEŃCY STYCZNIA


Cześć Pierożki! Styczeń powoli za nami, więc dziś mam dla Was kosmetyczne podsumowanie miesiąca. Zapraszam!




MÓJ BFF DO TWARZY I NIEZIMOWY ZAPACH


Krem Clinique pep-start zamieszkał ze mną na początku grudnia i od tej pory jestem w nim zakochana! Dotychczasowe moje kremy po krótkim czasie wyświecały się i makijaż spływał po 2-3 godzinach, do tego nie czułam się komfortowo. Ten krem wchłania się błyskawicznie i świecę się dopiero po kilku dobrych godzinach, wtedy wystarczy psiknięcie toniku z Evree i znowu jest ok ;) Jak dla mnie must have! Jedynym jego minusem jest brak SPF, co oznacza, że powoli muszę go wymienić na coś ochronnego. Na szczęście ma aż 24 miesiące przydatności, więc spokojnie wytrzyma do kolejnej zimy ;)

Generalnie zimą lubię "zimowe" zapachy, a więc ciężkie, korzenne, ciepłe. W styczniu jednak postawiłam na owocową świeżość. Mango Peach Salsa to świeży zapach brzoskwinek, który przywołuje wiosenny, słoneczny nastrój :)





KOLORÓWKA DO ZADAŃ SPECJALNYCH


W tym miesiącu mam dwie wspaniałości. Po pierwsze, przerzuciłam się z fioletowej bazy ze Smashboxa na wersję wodną. W przeciwieństwie do swojej koleżanki, biała baza zrobiona jest na bazie wody, więc jest lżejsza dla cery. Zauważyłam, że bardziej przedłuża makijaż, a cera wygląda świeżo i promiennie, baza daje fajny "glow". :)
O Mary-Lou marzyłam od kiedy trafiłam na blogosferę. Wszyscy tego używali, wszyscy go zachwalali, tak dobrze wyglądał na zdjęciach i filmach, aż w końcu dostałam go na urodziny od mojej przyjaciółki <3 Używam go codziennie i jestem baaardzo zadowolona. Długo trzyma się na twarzy, ładnie się mieni i nie wygląda tandetnie. Czasem zdarza mi się przesadzić, ale to już kwestia moich umiejętności malarskich :D





ŁADNE RZĘSY I USTA?

Moje rzęsy są porównywalnej długości do sztucznych z Donegal, a to dlatego, że od liceum czyli już dobre 5-6 lat nie używam maskary na "gołe" rzęsy. Zawsze pod spód nakładam coś, co będzie stanowiło swego rodzaju bazę. Kiedyś to był bezbarwny tusz z Miss Sporty, a teraz przerzuciłam się na odżywkę do rzęs Pierre Rene z serii Medic. Stosuję ją codziennie pod maskarę i moje rzęsy nie wypadają, nie są króciutkie i są o wiele ładniejsze. :)
Pomadkę z Nyxa wymarzyłam sobie już jakiś czas temu i w końcu weszłam w jej posiadanie. Dostałam ją od mojego chłopaka, który zawsze wie, co dobre :) Mój kolor to Abu Dhabi, jest to brudny nudziak, lekko pomarańczowy. Wygląda świetnie do każdego makijażu, delikatnego i mocnego oka, używałam go prawie codziennie i na razie muszę przestać, bo zużyję go przed wiosną :D



ZEGAREK MIESIĄCA

Generalnie staram się nosić wszystkie moje zegarki z taką samą częstotliwością, ale w styczniu męczyłam zegarek z Primarka. Elegancki, prasuje do każdej stylizacji. Idealnie sprawdził się w stylizacjach egzaminowych :)




ŁYŻWY!


Bardzo lubię sporty zimowe, a łyżwy są "najłatwiejsze do wykonania". Nie trzeba specjalnych wyciągów, stoków, wystarczy lodowisko, które bardzo często jest np. w galeriach handlowych ;) W styczniu razem z chłopakiem byliśmy kilkakrotnie na lodowisku i myślę, że dopóki będzie czynne, będziemy tam często :)

Lubicie łyżwy? ;)



I to by było na tyle! Dajcie znać, co Wy pokochaliście w styczniu, a ja uciekam, buźka! :*







piątek, 13 stycznia 2017

NIEZBĘDNIK ZIMOWEGO WYJAZDU


Cześć Wam, jak mija ten mroźny czas? Zimy nie można przeleżeć w domu, dlatego mam dzisiaj dla Was mój must have zimowego wyjazdu, zapraszam!


CIEPŁO, CIEPŁO, CIEPŁO

Pakując się na narty czy snowboard trzeba pamiętać o odpowiednim ubraniu. Wieczorne spacery także wymagają odpowiedniego zabezpieczenia przed zimnem. Moją "piętą Achillesa", która najszybciej oddaje ciepło są stopy. Zawsze są lodowate, zawsze w nie marznę, więc kiedy wychodzę na mróz, bardzo dbam o odpowiednie opatulenie. Z pomocą przychodzę skarpety typu frotte, grube rajstopy czy buty wyłożone barankiem (np. UGG). Na nogi dodatkowo zakładam getry.
Taką samą sytuację mam z dłońmi, które wiecznie bolą z zimna. Wychodząc, nie zapominam o rękawiczkach, ale do ogrzania dłoni służy mi też rozgrzewające serduszko, które wydziela ciepło (nie do końca wiem, jak to działa, ale działa <3). Można je kupić w sieci ;)
Nie zapominam także o grubych, ciepłych swetrach, dobrym pomysłem jest zainwestowanie w jeden sweter wełniany i jeden kaszmirowy, nie ma nic cieplejszego <3




KOSMETYKI

Podczas sportów zimowych nasza skóra narażona jest na ogromne katorgi i trzeba się odpowiednio zabezpieczyć. Przede wszystkim od zimna czy bolesnych upadków na stoku może być przesuszona, popękana lub odparzona. Wtedy zdecydowanie odstawiam żele z SLS i silnymi środkami myjącymi i przerzucam się na olejki myjące. Tworzą na skórze ochronną warstwę i nie podrażniają skóry. Moim ulubieńcem jest olejek z Isany, bo jest mały, poręczny i tani ;) Co prawda śmierdzi, ale ratuję się balsamami :P
Co do balsamów, na wyjazdy zimowe preferuję te, których używa się pod prysznicem. Dzięki temu nie marznę poza kabiną, jest szybko i nie blokuję łazienki znajomym. Dla mnie super rozwiązanie!
Najbardziej narażona na działanie zimna, słońca i wiatru jest twarz. Tutaj nie ma miejsca na miauczenie za makijażem, najważniejsza jest ochrona. W tym przypadku moim ulubieńcem jest krem z Floslek z SPF 50. Nie zawiera parafiny, więc nie zapycha skóry, chroni przed słońcem i mrozem. Wieczorem zmywam go jak zwykle i robię delikatny peeling, żeby przypadkiem mnie nie zapchało ;)
Olej kokosowy ma na wyjazdach wiele funkcji. Zmywa ewentualny makijaż, natłuszcza skórę, ratuje przesuszenia i odparzenia i doskonale nawilża. Nic więcej nie mam do dodania, must have każdeg wyjazdu! 
Nie wyobrażam sobie także zimy bez maści z witaminą A. Chroni usta, goi rany i otarcia, natłuszcza. Używam jej przez całą zimę, więc i wyjazdom towarzyszy :)
Ostatnim elementem jest krem do rąk. Dłonie źle znoszą zimno, dlatego warto je zabezpieczyć. Na zdjęciu pokazuję Wam krem z Evree, jednak zimą warto zaopatrzyć się w krem bez gliceryny wysoko w składzie. Kremy o wodnistej konsystencji są nie najlepszym rozwiązaniem, bo cząsteczki wody zamarzają na mrozie, wtedy skóra jeszcze bardziej cierpi.



DROBNE RZECZY, KTÓRE UWAŻAM ZA POTRZEBNE

Tutaj znajdują się pierdółki, które nie są niezbędne, ale ja zawsze mam je przy sobie na wyjazdach, zwłaszcza zimowych ;)
Po pierwsze, tabletki przeciwbólowe i 2-3 podpaski. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, organizm kobiety lubi płatać figle, jeśli nie nam, to koleżance. Dobrą opcją są także saszetki rozgrzewające, aby zapobiec chorobie. Wszystko też zależy od tego, czy wyjeżdżacie do centrum Zakopanego, czy w zupełną głuszę. Jeśli apteka jest daleko, warto się zabezpieczyć ;)
Równie przydatny może okazać się powerbank ;)
W sytuacji, kiedy w pobliżu nie ma sklepu (bo jesteśmy w głuszy :)) warto mieć przy sobie gorącą czekoladę na mroźne wieczory i saszetki z gorącymi zupkami ;)


I to by było chyba na tyle, rozpisałam się troszkę :P Dzięki że byliście ze mną, dajcie znać, jaki jest Wasz must have wyjazdów zimowych, ja już uciekam, buźka! :*







niedziela, 1 stycznia 2017

PODSUMOWANIE ROKU 2016


Cześć, witam Was w nowym roku 2017! Jestem ciekawa jak Wam zleciał poprzedni rok, czego żałujecie, co byście chcieli powtórzyć, o czym zapomnieć, a co sprawiło Wam ogromną radość. Dziś mam dla Was podsumowanie mojego 2016 roku, zarówno pod kątem kosmetycznym, jak i bardziej lajfstailowym. Jeśli jesteście ciekawi, zapraszam ;)


1. INSPIRUJĄCE MIEJSCA

W tym roku miałam okazję odbyć wiele wspaniałych podróży, mniejszych i większych. Z każdej jestem bardzo zadowolona i przywiozłam mnóstwo wspomnień. Najbardziej zapadły mi w pamięć dwie, o których zresztą pisałam Wam na blogu.
Pierwsza z nich to kilkudniowy wypad z moim chłopaczkiem do Warszawki i Łodzi. Uwielbiam duże miasta i zawsze dobrze się w nich czuję. W nowym roku mam nadzieję na kolejny taki wypad w głąb polski ;) 
Pod koniec września pojechaliśmy do Niemiec, o czym także już pisałam. To miejsce jest niesamowite i pewnie napisze o tym kiedyś osobny post. Dla mnie cała Kolonia jest niesamowita!






2. BLOGOWY ZASTÓJ

To prawda, że od kiedy mój komputer się zepsuł, nie bywałam tu praktycznie wcale. Co prawda, laptop wrócił z serwisu po dwóch tygodniach, ale mój plan zajęć w tym semestrze jest tak ciasny, że nie mam nawet kiedy wcisnąć do niego przerwy na jedzenie. Do tego w tym roku muszę napisać i obronić pracę licencjacką, więc blogowanie odeszło na najdalszy plan. Miałam jednak kilka nocnych przemyśleń odnośnie niego i powstało we mnie kilka nowych pomysłów. Mam nadzieję, że uda mi się je zrealizować ;) Nie mogę obiecać, że teraz będę tu regularnie. Postaram się pisać jak najczęściej.



3. NOWA ZAJAWKA

Dziennikarstwo kręci mnie od bardzo dawna i to jest coś co mogłabym robić for life. Nigdy jednak nie przyglądałam się tak dokładnie temu zagadnieniu. Życie nie pozwoliło mi na realizację w tym kierunku, dlatego też skończyłam na filologii, ale staram się możliwie jak najwięcej swoich uczelnianych poczynań poświęcać temu zagadnieniu. Moja praca licencjacka dotyczy reportażu jako sposobu obrazowania świata i kultury audiowizualnej i tym sposobem dotarłam do mnóstwa ciekawych książek, które na pewno pochłonę w całości, kiedy już uporam się z pisaniem. Planuję też swoje przyszłe życie związać z dziennikarstwem, więc taka lektura na pewno mi się przyda ;)



4. PRZYSZŁOŚĆ MA ZNACZENIE

W 2017 kończę pierwszy etap studiów i jest to moment, kiedy dość intensywnie zastanawiam się nad przyszłością. Co mnie czeka, gdzie los mnie rzuci, co nowego mnie spotka. Przez miniony rok uświadomiłam sobie, że warto myśleć o swojej przyszłości nie tylko teoretycznie, ale także działać.
Co zrobiłam w tym kierunku? Największy nacisk kładę na odkładanie na swoją przyszłość. Założyłam konto oszczędnościowe, na które co miesiąc wpływa drobna kwota z mojego konta i stopniowo kumuluje odsetki. Jeśli życie nie będzie ode mnie wymagało większego nakładu pieniędzy to za jakiś czas będę miała odłożoną kwotę na studia podyplomowe, tym samym odciążę siebie i swoją rodzinę. Dodatkowo ostatniego dnia miesiąca wrzucam do skarbonki drobne, które mi zostały, a czasem nawet zdarzy się banknot. Unikam wrzucania tam groszówek, raczej kwoty od złotówki w górę.
Myślę także intensywnie o swoich przyszłych studiach. Regularnie przeglądam oferty mieszkaniowe, szukam najlepszych opcji i sprawdzam wszystkie uczelnie, które mnie interesują. Jednym słowem, planuję swoją przyszłość już teraz, aby mieć pewniejszy start ;)




5. KAWA, KAWCIA, KAWUSIA

Ten rok bardziej niż poprzedni upłynął mi pod znakiem kawy. I jestem z tego powodu szczęśliwa. Kawa to energia, zawsze pozytywnie mnie nastraja, kojarzy mi się z pokonywaniem trudów dnia codziennego, a także nierzadko towarzyszy spotkaniom. W tym miejscu pozdrowienia dla Ani!
Kawa umila mi czas także kiedy mam chwilę dla siebie, kiedy mogę poczytać książkę czy po prostu poleniuchować i uzupełnić kalendarz ;)





6. ULUBIEŃCY I BUBLE

Nie zabraknie tu części kosmetycznej. W tym roku zdarzyło mi się mało ulubieńców, bo większość odkryłam pod koniec roku i będzie o nich więcej w styczniu, ale także niewiele bubli ;)
Wśród ulubieńców znalazły się maleństwa od Golden Rose, o których już Wam pisałam. Ciągle przybywa mi nowych kolorów i jak na razie tylko kilka mi nie przypadło do gustu. Drugim ulubieńcem roku jest pianka myjąca z Pharmaceris, która jest genialna, genialna, genialna i najsupsza! Jest łagodna, dobrze oczyszcza i nie ściąga mojej skóry. 
Kolejny ulubieniec to olejek z Balea, który świetnie dociąża włosy, nawilża końce i przepięknie pachnie! Ostatnim faworytem tego roku jest odżywka Garnier Ultra Doux. Co tu dużo mówić, daje efekt WOW <3


No i niestety buble. Po pierwsze lakier z Golder Rose z serii Jolly Jewells. Fatalne są te opiłki, odstają, wyglądają jak źle położona gładź szpachlowa, sam lakier jest bardzo gęsty, źle się roprowadza i zasycha cały tydzień. Nope. Kolejne dwa buble to odżywki do włosów, jedna to Balea Oil Repari, druga - Biovax do włosów blond. Obie przesuszają włosy, które wyglądają jak siano i dostają potrójnej objętości, do tego rozczesanie ich zajmuje godzinę. Nie polecam, chyba że macie bardzo grube i odporne włosy, w innej sytuacji uważam, że zrobicie sobie nią krzywdę. 
Ostatni bubel, którego nie ma na zdjęciu, to podkład Loreal True Match. Skusiłam się opiniami, że nowa formuła jest świeta, YouTube make me buy it i tak oto wydałam na niego stanowczo za dużo. Podkład jest bardzo silikonowy i ślizga się po twarzy, ma różowe tony i podkreśla moje przebarwienia i niedoskonałości, do tego bardzo szybko zjeżdża z twarzy. Dla mnie bubel, choć wiem, że wielu z Was on pasuje ;)



7. MIŁOŚĆ MOJEGO ŻYCIA

Po pierwsze to oczywiście mój chłopak :P Jednak wraz z początkiem 2016 roku w moim domu zamieszkała mała piękna włochata kuleczka, która zmieniła się w górę włochatego tłuszczu <3 Jest kochany, mięciutki i baaardzo słodki! Uwielbiam go ponad wszystko i cieszę się, że mama zgodziła się na zwierzątko, bo teraz sama biega za nim i non stop mu dogadza :D




I to by było na tyle. Mam nadzieję, że nowy rok upłynie Wam radośnie i spełnicie część swoich planów. Na koniec przedstawiam Wam moje założenia na 2017 rok, a Wam życzę wszystkiego, co najlepsze, niczego nie żałujcie!


Buziaki! :*