Witaj na Selfmadeheaven. Blogu, który już od jakiegoś czasu nie funkcjonuje. Przestałam bawić się w blogowanie kosmetyczne i przerzuciłam się na więcej pisania, niż kolorowych obrazków. Poza tym, świetnych blogów kosmetycznych jest od groma :) Nie usuwam go głównie przez sentymetn. Przez to, że zdjęcia mi się podobają i przez to, że tęskniłabym za nim, gdybym go usunęła. Dlatego będzie mi miło, jeśli przeglądniesz jakieś moje stare posty w poszukiwaniu informacji albo inspiracji, ale raczej nie pojawi się tu nic nowego :)
W międzyczasie zapraszam Cię na mój nowy blog, gdzie jest więcej do czytania, pozdrawiam!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmetyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmetyki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 stycznia 2018

NAJLEPSZE KREMY DO RĄK - ODKRYCIA ZIMY 2017/18


Jedno z moich postanowień urodowych na 2018 rok (miał być o tym post, ale szło mi to jak krew z nosa, a teraz jest już prawie luty) jest przykładanie większej wagi do pielęgnacji dłoni i stóp. Co do tego pierwszego, raczej staram się regularnie używać kremów do rąk, ale muszę przyznać, że większości z nich nie znoszę. Moje dłonie, twarz i ciało nie należą do tych, co wchłaniają wszystko w sekundę. Zwykle muszę czekać nawet kilkanaście minut, a kosmetyki do twarzy i dłoni znikają bez śladu dopiero, jak je zetrę. Dlatego o ile twarz mogę przypudrować, to dłoni już nie, więc kremów do rąk używałam głównie na noc. Od pewnego czasu mam w torebce dwie perełki, które śmiało mogę uznać za ulubieńców mojego życia.

1. Neutrogena - szybko wchłaniający się krem do rąk

To nie jest żart. Ten krem wchłania się w ekspresowym tempie i nie muszę przez 20 minut po aplikacji wycierać dłoni o spodnie. Do tego w promocji można go znaleźć za mniej niż 10 zł (ja swój kupiłam za ok. 7), więc mamy niską cenę i super działanie. Krem ma lekką, ale nie lejącą formułę, nakłada się go jak masełko, wchłania się w sekundę i do tego wspaniale pachnie! Dla mnie będzie on idealny zarówno na teraz, jak i na ciepłe miesiące. Dłonie są po nim gładkie, miękkie i o wiele mniej zaczerwienione. Nic więcej nie muszę mówić - po prostu polecam spróbować. Nie pożałujecie, gwarantuję.




2. Cien -  SOS Hand Concentrate

Tak, to jest krem z Lidla. I jest najlepszy na świecie. Ten z Neutrogeny jest po prostu dobry, dobrze się wchłania i ładnie pachnie. SOS Hand Konzentrat z Cien jest genialny. W tym roku moje dłonie zemściły się na mnie za przeprowadzkę do miasta o najtwardszej wodzie świata i za chodzenie w jesiennych rękawiczkach do połowy stycznia. Były zaczerwienione, wysuszone na wiór, skórę mogła odrywać z nich płatami. Do tego niemiłosiernie piekły i wyglądały po prostu nieestetycznie. Ciągle pilnowałam, żeby chować je przed ludźmi. W końcu moja ciocia poleciła mi ten krem. I to był prawdziwy cud. Zrobiłam dokładnie tak, jak mi kazała - wysmarowałam całe dłonie, wsadziłam w rękawiczki i poszłam spać. Rano obudziłam się, a moje ręce były jak nowe. Dosłownie, jakby zrzuciły skórę przez noc. Miękkie, gładkie, jasne. Później stosowałam go na noc jeszcze kilka dni (już bez rękawiczek) i zniknęło całe zaczerwienienie, pieczenie i wszystko, co złe.
Jeśli macie mega zniszczone i suche dłonie, zaraz po aplikacji poczujecie szczypanie, ale spokojnie - tak ma być. Później krem się wchłania i zaczyna robić swoje. W składzie ma głównie glicerynę, więc ma bardziej bezbarwny kolor, niż inne kremy do rąk. Dodatkowo warto zauważyć jego cenę - ok. 3 zł za coś tak wspaniałego. Coś, co uratowało moje dłonie. Gorąco polecam Wam sprawdzić ten krem - ostatecznie stracicie tylko kilka złotych ;)



Znacie któryś z tych kremów? A może polecicie jakiś inny, który szybko się wchłania i jest tak genialny jak ta dwójka?
Pozdrawiam Was gorąco i do zobaczenia niedługo!

niedziela, 11 czerwca 2017

PIANKI POD PRYSZNIC - HIT CZY KIT?


Helou! Witam Was serdecznie w ten niedzielny wieczór. Sporo mnie tu nie było, na szczęście prawie zakończył się jeden z najbardziej zabieganych okresów mojego życia, praca licencjacka oprawiona i podpisana, egzaminy zdane, teraz można już tylko odpoczywać. I klepać nowe posty!
Dzisiaj zapraszam Was na przegląd nowinki ostatnich lat, czyli pianek pod prysznic. Zapraszam!


Kiedy pierwszy raz się z nimi spotkałam, nie były jeszcze dostępne na rynku polskim. Szczerze mówiąc, po takim czasie nadal nie spróbowałam tych dostępnych na naszych drogeryjnych półkach. Trudno mi więc ocenić, czym się różnią. Niemniej jednak, mam Wam trochę do powiedzenia na temat pianek dostępnych na Zachodzie :)


Od razu warto zaznaczyć, że niemieckie pianki mają jedną wspaniałą zaletę - wszystkie obłędnie pachną! Mam wśród tej trójki swojego ulubieńca, zgadniecie, którego? :)

Pierwsza z nich jest z Lidlowej marki Cien, jednak niedostępna w Polsce. Nazywa się Sparkling Summer i faktycznie pachnie jak wakacje - jest to bardzo świeży, letni, orzeźwiający zapach, lekko słodki.
Druga, Tasty Donut to mój faworyt. Stworzona przez jedną z moich ulubionych niemieckich vlogerek, Bibis. Jej pianki są bezpieczne, wegańskie i pachną niesamowicie! Zapach jest absolutnie adekwatny do opakowania - nie umiem tego wyjaśnić, ale pachnie dokładnie tak jak wygląda!

Trzecia pianka jest z Pure & Basic, zapach to mięta i cytryna. Ta wersja jest bardzo orzeźwiająca, cytrusowa, chłodna, ale chyba wolę słodsze, bardziej owocowe zapachy. Niemniej jednak ta pianka również mi się podoba.


Co myślę o idei pianek? Bardzo fajny gadżet. Dozowniki są bardzo wygodne i praktyczne. Pianki są doskonałe na wyjazdy albo do szybkiego, krótkiego prysznica. Są natomiast niesamowicie niewydajne. Taka ilość wystarcza mi na dosłownie kilka myć. Od czasu do czasu oczywiście warto zafundować sobie takie delikatne SPA i otulić się przyjemną pianką (bo uczucie jest ekstra!), jednak nie wyobrażam sobie używać ich regularnie. Ich cena to około 3-4 euro (pianka od Bibis kosztuje 3.95, nie wiem, jak inne), więc około 12 zł. Wydaje mi się, że w Polsce ceny tych pianek są podobne. 

Pianki polecam, jeśli chcecie spróbować czegoś nowego i raz na jakiś czas zaproponować swojej skórze inną formę oczyszczania. Jako żel pod prysznic stosowany raz po raz raczej się nie sprawdzi.



Znacie pianki pod prysznic? Używacie ich czasem czy regularnie?


P.S. Mieszkam w Polsce. Po prostu nie chce mi się sprawdzać dostępności i cen, po tym zabieganym czasie jestem leniwą bułką :D





niedziela, 7 maja 2017

CLINIQUE PEP-START - HIT CZY KIT?


Czołgiem! Wiecie, jak wielka jest moja miłość do niebieskiego kremu z Clinique z serii Pep-Start. Przy okazji wyjazdu na majówkę postanowiłam w końcu otworzyć miniaturki, które kupiłam w zestawie z owym kremem. Jak się sprawdziły? Czy są tak dobre, jak miłość mojego życia? Zapraszam dalej!


Różowa tubka to oczyszczający żel do twarzy 2 in 1 Exfoliating Cleanser. Żel ma oczyszczać i złuszczać naskórek, dzięki czemu skóra ma być tak oczyszczona i wolna, jak tylko może.
Czy aby na pewno?
Żel ma rdzawy kolor i niekoniecznie przyjemny zapach. Do złudzenia przypomina mi biosiarczkowy żel od Balneokosmetyki. Za złuszczanie odpowiadają drobinki, których nie widać w żelu, ale czuć pod palcami. Wydaje mi się, że do codziennego używania jest zbyt mocny, przynajmniej dla wrażliwych cer. Ale w okresie, kiedy mamy więcej niedoskonałości lub chcemy skórę odświeżyć, np. po długiej podróży - jak najbardziej :) Nie jestem jednak pewna, czy warto przepłacać, jeśli dokładnie taką samą formułę i działanie oferuje żel z Balneo, o którym pisałam Wam TU. W zestawie się opłaca, ale samodzielnie - czy ja wiem?


Żółta tubka to miniaturka kremu pod oczy. Pełnowymiarowy produkt ma końcówkę przeznaczoną do masażu okolicy pod oczami, miniaturka ma zwykły "dozownik", którego śmiało można używać jako masażera, bo ma opływowy kształt. Lubię małe kremy pod oczy, bo zawsze okazują się wydajne (u mnie im więcej kremu pod oczami, tym bardziej piecze). Krem jest lekki i łatwo rozprowadza się na skórze. Nie trzeba ciągnąć ani rozsmarowywać - nakładam, klepie i jestem gotowa. Krem szybko się wchłania, nadaje się pod makijaż, ja używam go zarówno na dzień, jak i na noc. Po kilkunastogodzinnej jeździe autokarem, gdzie twardy sen jest niemal niemożliwy i po kilku intensywnych dniach nad morzem, moje oczy wyglądały okropnie. Patrząc w lustro, widziałam obcą osobę. To był ogromny egzamin dla tego kremu, który szybko zlikwidował cienie i opuchnięcia i znacznie poprawił koloryt skóry. Oczywiście w połączeniu z regenerującym snem :)
Krem uważam za jeden z lepszych, jakie miałam. Pełnowymiarowy produkt w miarę się opłaca, chociaż ja jednak wolę mniejsze pojemności, jeśli chodzi o produkty pod oczy.


Podsumowując, serię Pep-Start bardzo Wam polecam. Niekoniecznie jednak radziłabym kupować wszystkie produkty osobno. Żel, przy stosowaniu kilka razy w miesiącu, starczy Wam na bardzo długo, krem pod oczy również jest super wydajny. Jeśli złapiecie zestaw świąteczny, w którym znajduje się pełnowymiarowy krem i dwie miniaturki - nie ma co się wahać :)

Stosowaliście tę serię? Jakie są Wasze odczucia?

Pozdrawiam Was, buźka!






piątek, 7 kwietnia 2017

ULUBIEŃCY ZIMY 2016 / 17


Cześć! :) Dziś zapraszam Was na przegląd ulubieńców, które zawładnęły moim sercem tej zimy. Zapraszam!



Mówcie sobie co tam chcecie. Że brzydkie, że paskudne, że wyglądają fatalnie, że odejmują półtora metra wzrostu i że to obok Multipli najgorsze, co może być. Ale wiecie co? Nikomu nie było tej zimy tak ciepło w stopy jak mi. Od kiedy pamiętam, mam problem z lodowatymi stopami, którymi bardzo trudno dogodzić zimą. Przebrnęłam przez setki różnych butów, wszystkie możliwe materiały, ocieplenia, podbicia i wszystko inne. NIC. Nic mi nie zrobiło tak dobrze, jak te Ugi. Dlatego bez względu na to, jak źle wyglądają i jak fatalne są, to moi najwięksi zimowi ulubieńcy i w przyszłym roku na pewno będę dalej w nich człapać!


Pielęgnacja zimą jest dla mnie superważna. Żeby nie było, w inne pory roku też :P Oto kosmetyki, które tej zimy przyniosły mi radość:

1. Clinique Pep-start - ten krem to moje odkrycie. Gdyby tylko miał SPF, byłby moim Bogiem. Zimą używam go z kremem CC z Bourjois, latem niestety muszę go odstawić. Nawilża niesamowicie, od razu się wchłania, skóra jest supermiękka i nie przesusza się na mrozie. Mój hit hitów!

2. Krem zimowy Floslek Winter Care Spf 50+ - Tego pana używałam na wyjazdach, lub gdy wychodziłam na zewnątrz niepomalowana. Jest tłusty, ale nie zapycha. Czytałam dużo o efekcie bielenia skóry, ale on po kilku minutach znika i skóra wygląda jak po prostu posmarowana zwykłym kremem. Po jego zastosowaniu moja skóra wytrzymała siedem godzin na stoku i się nie posypała, więc wielki plus.

3. Maść z witaminą A - o niej pisałam już wielokrotnie. To mój kosmetyk do zadań specjalnych. Stosuję go na usta, znamiona, przesuszenia, oparzenia, a od kiedy poradziła mi tak kosmetyczka - również na skórki. Nic dodać, nic ująć :)

4. Stara Mydlarnia Serum z witaminą C - serum dostałam od mojego chłopaka i bardzo dobrze mi się sprawdziło. Łagodzi przebarwienia i fajnie nawilża cerę. Jedyny minus to przydatność po otwarciu, bo tylko 3 miesiące, ale nic więcej nie mam mu do zarzucenia :)


5. Balsam pod prysznic Eveline - kolejny mój hit hitów, który rozwiązał mój zimowy problem. W łazience mam światło zsynchronizowane z wentylacją, więc całe ciepło, które sobie naparuję gorącym prysznicem, momentalnie wywiewa. W związku z tym spory problem sprawia mi stanie nago w łazience i smarowanie się balsamami, bo zwyczajnie marznę. Któregoś razu kupiłam sobie balsam pod prysznic i to był strzał w 10! Nawilża, natłuszcza, zniknął problem AZS i marznięcia poza kabiną. Polecam bardzo serdecznie!

6. Balsam Evree Max Repair - klasycznych balsamów też zdarzało mi się używać i wśród nich zdecydowanym moim faworytem jest balsam z Evree. Jest odpowiednio tłusty, ale szybko się wchłania, skóra jest miękka i odżywiona, nie piecze też, jak to u mnie czasem bywa :)

7. Maska do włosów Dr Sante Argan Hair - Co tu dużo mówić, najlepsza maska ostatnich miesięcy. Jest gęsta i treściwa, nie trzeba trzymać jej bardzo długo, a efekt jest super - włosy dociążone, gładkie, miękkie i błyszczące. Jak dla mnie super :)



Kolorówka u mnie uboga, bo nie mam jakichś szczególnych wymagań, jeśli chodzi o zimę.

1. Nyx Soft Matte Lip Cream, kolor Abu Dhabi - zimą nie przepadam za mocnymi kolorami, bo wyglądają na mnie po prostu źle. Dlatego postawiłam na nudziak od Nyxa. Fajnie się nosi i daje bardzo naturalny kolor :)

2. Bourjois 123 Perfect CC cream - Tak jak już wspomniałam, używam go razem z Clinique. Niektórzy zimą lubią ciężkie podkłady, ale ja takich nie znoszę. Dla mnie to wygląda fatalnie, więc u mnie żadne rewlony czy dablłery. Lubię lekkie podkłady o średnim kryciu i taki własnie jest CC od Bourjois. Jest nieco cięższy od Healthy Mixa, dlatego używam go zimą i jestem zakochana ;)

3. Urban Decay Naked Basics - paletkę dostałam na urodziny od przyjaciółki. Ma fajne, naturalne kolory, cienie się dobrze blendują i można z nich zrobić zarówno makijaż dzienny jak i wieczorowy :)


Nie zabrakło także zimowych lakierów:

1. Golden Rose Wow, kolory 101 i 08 - połączenie bladego różu i baby blue to dla mnie idealne zestawienie na zimę, były to najczęściej maltretowane przeze mnie lakiery :P

2. Golden Rose, matowy top coat - odkryłam go dopiero zimą i przepadłam, nosiłam go baaardzo często. Co prawda lakier szybciej z nim odpadał, ale efekt jest tego warty :)

3. Golden Rose Rich Color, ko. 20 - u mnie był to kolor "wyjściowy", który stosowałam na wieczór lub kiedy po prosu chciałam być bardziej glamour :P Podoba mi się jego konsystencja i wykończenie - ni to matowe, ni satynowe ;)

4. Golden Rose Miss Selene 167 - Idelany lakier z drobinkami, które wspaniale imitują płatki śniegu. Do żadnej innej pory roku mi tak nie pasuje jak do zimy :)

5. Odżywka do paznokci Wibo S.O.S Weak Nails - najlepsza jak do tej pory odżywka, jaką miałam. Przebija nawet Golden Rose.


Na koniec dwa oleje, które ratowały mi wielokrotnie skórę:

1. Evree Magic Rose olejek upiększający - cudowny olej, który bardzo szybko się wchłania, a rano cera jest miękka i promienna. Czasem nawet używałam go pod makijaż i sprawdził się super :)

2. Olej kokosowy - nic nie trzeba mówić, olej kokosowy jest najlepszy na wszystko. Uratował moją twarz, kiedy odpadała płatami.



I to by było na tyle. Dajcie znać, co Was zachwyciło tej zimy, ja już uciekam, trzymajcie się ciepło, buźka! :)

Na koniec jeszcze chciałabym Was poinformować, że powołałam do życia nowy blog, bardziej felietonistyczny, o tematyce lifestylowej, trochę życia, trochę kuchni, trochę wszystkiego ;)
Zapraszam Was serdecznie, jeśli lubicie czytać: Blondynkanaswoim. Buźka!

czwartek, 16 lutego 2017

JAK SPAKOWAĆ KOSMETYCZKĘ NA WYJAZD


Cześć kochani! :) Dziś mam dla Was kilka moich sposobów na spakowanie kosmetyczki na kilkudniowy wyjazd. Zapraszam :)



MINIATURKI

Dla podróżujących to jest rzecz naturalna, że zamiast targać ze sobą całe butle szamponów czy żeli lepiej wziąć coś na kilka razy, co zużyjemy w trakcie wyjazdu. U mnie świetnie sprawdza się przede wszystkim szampon z Babydream (kupiłam raz i przelewam z dużego Bbd jak wyjeżdżam) i odżywki z serii Gliss Kur, które starczają mi na jedno mycie włosów :) Do tego mini micel z Biodermy, którego nie lubię, ale używam na wyjazdach, aż się skońćzy, wtedy będę sobie przelewać swoje ulubione. Zawsze zabieram ze sobą też miniaturkę żelu/płynu do higieny intymnej, tutaj dodatkowo znalazł się krem pod oczy i żel do twarzy z Clinique ;)




PEŁNOWARTOŚCIOWE, ALE MAŁE

Kiedy wyjeżdżamy na 1-2 dni nie ma najmniejszego problemu z wzięciem miniaturki żelu pod prysznic czy toniku. W przypadku wyjazdu na min. 5-6 dni branie miniaturek żelu się nie opłaca, przynajmniej u mnie :D Dlatego kupuje żele pełnowartościowe, ale o mniejszej pojemności niż te, których używam w domu. Tak samo robię z żelami do twarzy i tonikami. Biorę także waciki i produkt, który może być wielofunkcyjny. Serum z Dermedic używałam rano jako serum i wieczorem jako krem na noc.




MINIMALIZM 

Pakując kosmetyki kolorowe, staram się jak najbardziej skondensować ich ilość. Wybieram takie paletki cieni, żebym mogła jednego z nich użyć jako bronzera, jednego jako rozświetlacza. Tak samo robię z pędzlami - szukam takiego, który będzie dla mnie wielofunkcyjny. Rezygnuję także z pomady do brwi, zastępując ją kredką, która zaoszczędzi mi kolejny pędzel oraz z linera, który wcale nie jest mi niezbędny. Do tego wybieram tylko jedną pomadkę do ust, którą mogę męczyć cały wyjazd. Minimalizm to klucz do sukcesu pakowania się :P




PRÓBKI

To kolejny punkt, bez którego nie wyobrażam sobie wyjazdu, Kolekcjonuje próbki z gazet, aptek i perfumerii, aby wykorzystać je na wyjeździe. Nie muszę dzięki temu brać ogromnego balsamu do ciała ani bawić się w przelewanie go do mniejszych pojemniczków (nie znoszę przelewania produktów do tych samolotowych kubeczków). Lubię zabierać ze sobą próbki balsamów do ciała, kremów do rąk i twarzy, a także saszetki z peelingami ;)



I to by było na tyle, dajcie znać, jaki jest Wasz sposób na pakowanie kosmetyków, ja już uciekam, trzymajcie się ciepło, buźka! 







czwartek, 9 lutego 2017

MOJA WALKA Z PRZESUSZONĄ / ODWODNIONĄ CERĄ


Cześć Prosiaczki! ;) Przychodzę do Was dzisiaj z przeglądem kosmetyków, które uratowały moją twarz przed osypaniem się. Od razu też zaznaczam, że nie mam profesjonalnej wiedzy ani wykształcenia w zakresie dermatologii czy kosmetologii, dlatego też post nie nazywa się "sposoby na...", ale "moja walka" i własnie o tym chcę Wam napisać. Może akurat jeden z moich sposobów sprawdzi się tez u Was ;) Zapraszam!



ZACZĘŁO SIĘ PRZYPADKIEM

Dawno, dawno temu... Nie, jakoś na początku jesieni przypadkowo weszłam do Douglasa, pooglądać kolorowe opakowania. W środku zaczepiła mnie babeczka, która zaproponowała mi darmowe badanie skóry. No to usiadłam obok drugiej babeczki, która zaczęła jeździć po mojej twarzy gumowym mikrofonem. Okazało się, że poziom nawilżenia mojej skóry jest bliski zeru. Pani powiedziała, że powinnam się już dawno pokruszyć i spytała o moją pielęgnację. Kiedy wymieniłam wszystko, nakrzyczała na mnie za to, że nie używam toników i jak tak można. Mam traumę po stosowaniu klejących się i śmierdzących toników z Ziaji, Yves Rocher, Nivei i Garniera, mimo to pobiegłam do Superharm i kupiłam tonik z Evree, który okazał się miłością mojego życia. Od tamtej pory nie rozstaję się z tonikami, choć na stan mojej cery zdecydowanie wpłynęło więcej czynników. Niemniej jednak tonik był pierwszym krokiem do zdrowej, miękkiej skóry :)
Obecnie używam dwóch toników - Evree i nawilżający z Bielendy. Oba są świetne i się nie kleją! <3





DEMAKIJAŻ OLEJKAMI

Żadne tam micele. Micele podrażniają i nie zmywają całego makijażu. Kiedyś, kiedy borykałam się z tłustą i jednocześnie - jak mi się wydawało - suchą skórą, panicznie bałam się olejków. "Ale jak to, na tłustą cerę jeszcze tłusty olejek? Nie zwariowałam jeszcze". Więc używałam wszelkich płynów micelarnych, a moja cera nadal była przetłuszczająca się i boleśnie ściągnięta zarazem. Któregoś dnia dałam szansę olejkowi do demakijażu z Evree i oszalałam. Cera była miękka, gładka i wyglądała naprawdę zdrowo, do tego nie bolała przy każdym ruchu, uśmiechu czy ziewaniu. Do tego od kiedy wprowadziłam pielęgnację olejową, moja cera jest mniej tłusta. Wniosek z tego taki, że brakowało jej warstwy zatrzymującej wodę i produkowała nadmiernie sebum. 
W taki sposób pokochałam demakijaż olejkami, nadal używam wspomnianego Evree, a kiedy jestem w domu rodzinnym do demakijażu służy mi olejek z Sephory i olej kokosowy. Zawsze po zrobieniu demakijażu oczyszczam twarz żelem.




ŻELE OCZYSZCZAJĄCE MUSZĄ BYĆ ŁAGODNE!

Kiedyś nie miałam pojęcia, jak duże spustoszenie sieją SLESy i SLSy na twarzy, która przecież jest tak delikatna, a moja to już w ogóle. Szorowałam więc się ostrymi, matującymi żelami, aż moja cera zaczęła się sypać. Później - w dużej mierze pod wpływem pani doktor z Douglasa - zaczęłam szukać czegoś łagodnego. Większość aptekarek i znajomych polecało mi Cetaphil, ale unikam parabenów jak ognia, a przecież cud-Cetaphil to parabeny zamknięte w butelce, dodatkowo nie używając wody do oczyszczania czuję się megabrudna i zanieczyszczona. Trafiłam na kremowy olejek z Ziaji, który okazał się wspaniałym zamiennikiem dla rakotwórczego cudu za pół stówki. Używałam go bardzo długo, aż pani w SuperPharm przyjrzała się mojej skórze i powiedziała, że najlepszą opcją dla mojej - nie dość, że odwodnionej to jeszcze wrażliwej - cery będą pianki myjące. Złapałam więc Pharmaceris z serii A, który także okazał się strzałem w 10! Używam go na przemian z Ziają, a teraz w ramach testu Ziaję zamieniłam na Biolaven :)




SERUM TO TAKI ZBĘDNY DODATEK

Tak sobie właśnie myślałam, mijając sera w drogeriach. Myślałam, że to dodatkowa pielęgnacja albo zamiennik kremów na dzień. Czy mogłam się aż tak mylić? Ano mogłam.
Bardzo długo nie miałam pojęcia, że istnieje coś takiego, jak odwodnienie skóry. Myślałam, że jestem jakimś szczególnym przypadkiem cery tłustej i suchej jednocześnie. Kiedyś zrobiłam sobie jakiś test online, który powiedział mi, że moja skóra może być mieszana i odwodniona. Pod spodem było wytłumaczenie, czym różni się odwodnienie od suchości. O, jakże mnie olśniło! Mojej skórze brakuje wody! Co zrobiłam?

Tak, pobiegłam do SuperPharm. Lubię aptekarki stamtąd, zawsze są miłe, znają się na rzeczy i zawsze dobrze doradzają :) Tym razem jednak dałam sobie radę sama i znalazłam jedno jedyne serum nawadniające, a nie nawilżające. Był to Dermedic. Używałam go kilka miesięcy, a teraz, kiedy moja skóra jest w lepszym stanie, stosuję go czasem na noc (znikają po nim pryszcze!), bo już się tak dobrze nie wchłania - moja skóra tyle nie potrzebuje. Dermedic to moje ulubione serum, poleciłam je mojej współlokatorce, której skóra odchodziła płatami i również u niej się sprawdziło :)
Ostatnio zaczęłam używać serum z witaminą C, które ma pomóc moim przebarwieniom oddelegować się z mojej twarzy. Po nim skóra również jest miękka i przyjemnie promienna :)




OLEJKI PIELĘGNACYJNE

Teraz, kiedy już wiem, że moja twarz potrzebuje wody, postanowiłam używać też czegoś, co tę wodę zatrzyma na dłużej. Z pomocą przychodzą mi wspomniane już wcześniej olejki do demakijażu, ale także te pielęgnacyjne. W tej kategorii mam dwóch ulubieńców - olejek z Evree Magic Rose i olejek z awokado. Pierwszy przyjemnie zmiękcza cerę, wchłania się przez noc, a rano skóra jest promienna i wygląda na bardzo wypoczętą (i nie piecze przy ziewaniu!). Oprócz tego olejek okropnie śmierdzi, ale jestem w stanie to znieść. Gdyby działał gorzej, pewnie bym go oddała.
Olejek z awokado jest bardziej tłusty i gorzej się wchłania, dlatego używam go rzadziej. Działa przeciwzapalnie, więc stosuję go, gdy mam jakieś większe niedoskonałości :)




MICEL NIE JAKO MICEL

Zmywanie makijażu płynem micelarnym zdarza mi się tylko na wyjazdach, bo boję się przewozić olejki w kosmetyczce. Generalnie nie lubię ich w tej roli, ale świetnie nadają się do odświeżania twarzy rano. Pisałam już o tym kilka razy. Dzięki temu moja skóra jest ładniejsza z rana, bo zdejmuję nadmiar sebum, do tego jakoś łatwiej mi ją przepłukać, wszystko schodzi razem z micelem. Obecnie używam dwóch, ale tylko jeden mam przy sobie - jest to Vianek i nawilżający micel z Evree :)




KREMY JAKO ZWIEŃCZENIE DZIEŁA

Dawniej wszystkie moje kremy wyświecały się po ok. 2 godzinach. Dzisiaj tego problemu prawie nie ma, bo po pierwsze, używam lepszych kosmetyków niż kiedyś, a po drugie, tonik robi całą robotę i przyspiesza wchłanianie kremu. Obecnie mam w swoich zapasach 2 kremy, latem dochodzi jeszcze Bielenda SPF 30 i Vichy SPF 50. O kremie Clinique rozpisałam się w poście o ulubieńcach stycznia i nie zmieniam zdania - cera wygląda wręcz idealnie. Na wiosnę zacznę znów stosować Pharmaceris SPF 20, bo moja skóra wymaga filtrów, kiedy zacznie przygrzewać słońce ;)




CO JESZCZE?

Przede wszystkim przestałam wysuszać moją mieszaną cerę. Nauczyłam się, że wszystkie te kosmetyki robią jeszcze większe szkody. Dlatego w ogóle w swojej pielęgnacji nie mam produktów przeznaczonych do tłustej i mieszanej cery, żadnych matujących specyfików zawierających wyłącznie alkohol. Wyrzuciłam też produkty z parafiną (wodę w organizmie zatrzymują u mnie olejki) i przede wszystkim zmieniłam mentalność. Kiedyś kupowałam jakie bądź kosmetyki. "Nawilżający krem na dzień, spoko". Nie patrzyłam na składy, nie sprawdzałam, co moja skóra lubi. Dzisiaj jestem bardziej surowa wobec kosmetyków i nie boję się wydać więcej, jeśli skład czy przychylne opinie sugerują, że ten kosmetyk może się sprawdzić. Pamiętajcie, że Wasza cera oraz Wasze ciało to inwestycja. Im więcej dla nich zrobicie, tym lepiej one będą się prezentować ;)

I to by było na tyle ;) Dajcie znać, jakie są wasze historie z pola walki o lepszą cerę! Ja już uciekam, trzymajcie się ciepło, buźka!



P.S. Nie myślcie, że używam tego wszystkiego jednocześnie :D

piątek, 13 stycznia 2017

NIEZBĘDNIK ZIMOWEGO WYJAZDU


Cześć Wam, jak mija ten mroźny czas? Zimy nie można przeleżeć w domu, dlatego mam dzisiaj dla Was mój must have zimowego wyjazdu, zapraszam!


CIEPŁO, CIEPŁO, CIEPŁO

Pakując się na narty czy snowboard trzeba pamiętać o odpowiednim ubraniu. Wieczorne spacery także wymagają odpowiedniego zabezpieczenia przed zimnem. Moją "piętą Achillesa", która najszybciej oddaje ciepło są stopy. Zawsze są lodowate, zawsze w nie marznę, więc kiedy wychodzę na mróz, bardzo dbam o odpowiednie opatulenie. Z pomocą przychodzę skarpety typu frotte, grube rajstopy czy buty wyłożone barankiem (np. UGG). Na nogi dodatkowo zakładam getry.
Taką samą sytuację mam z dłońmi, które wiecznie bolą z zimna. Wychodząc, nie zapominam o rękawiczkach, ale do ogrzania dłoni służy mi też rozgrzewające serduszko, które wydziela ciepło (nie do końca wiem, jak to działa, ale działa <3). Można je kupić w sieci ;)
Nie zapominam także o grubych, ciepłych swetrach, dobrym pomysłem jest zainwestowanie w jeden sweter wełniany i jeden kaszmirowy, nie ma nic cieplejszego <3




KOSMETYKI

Podczas sportów zimowych nasza skóra narażona jest na ogromne katorgi i trzeba się odpowiednio zabezpieczyć. Przede wszystkim od zimna czy bolesnych upadków na stoku może być przesuszona, popękana lub odparzona. Wtedy zdecydowanie odstawiam żele z SLS i silnymi środkami myjącymi i przerzucam się na olejki myjące. Tworzą na skórze ochronną warstwę i nie podrażniają skóry. Moim ulubieńcem jest olejek z Isany, bo jest mały, poręczny i tani ;) Co prawda śmierdzi, ale ratuję się balsamami :P
Co do balsamów, na wyjazdy zimowe preferuję te, których używa się pod prysznicem. Dzięki temu nie marznę poza kabiną, jest szybko i nie blokuję łazienki znajomym. Dla mnie super rozwiązanie!
Najbardziej narażona na działanie zimna, słońca i wiatru jest twarz. Tutaj nie ma miejsca na miauczenie za makijażem, najważniejsza jest ochrona. W tym przypadku moim ulubieńcem jest krem z Floslek z SPF 50. Nie zawiera parafiny, więc nie zapycha skóry, chroni przed słońcem i mrozem. Wieczorem zmywam go jak zwykle i robię delikatny peeling, żeby przypadkiem mnie nie zapchało ;)
Olej kokosowy ma na wyjazdach wiele funkcji. Zmywa ewentualny makijaż, natłuszcza skórę, ratuje przesuszenia i odparzenia i doskonale nawilża. Nic więcej nie mam do dodania, must have każdeg wyjazdu! 
Nie wyobrażam sobie także zimy bez maści z witaminą A. Chroni usta, goi rany i otarcia, natłuszcza. Używam jej przez całą zimę, więc i wyjazdom towarzyszy :)
Ostatnim elementem jest krem do rąk. Dłonie źle znoszą zimno, dlatego warto je zabezpieczyć. Na zdjęciu pokazuję Wam krem z Evree, jednak zimą warto zaopatrzyć się w krem bez gliceryny wysoko w składzie. Kremy o wodnistej konsystencji są nie najlepszym rozwiązaniem, bo cząsteczki wody zamarzają na mrozie, wtedy skóra jeszcze bardziej cierpi.



DROBNE RZECZY, KTÓRE UWAŻAM ZA POTRZEBNE

Tutaj znajdują się pierdółki, które nie są niezbędne, ale ja zawsze mam je przy sobie na wyjazdach, zwłaszcza zimowych ;)
Po pierwsze, tabletki przeciwbólowe i 2-3 podpaski. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, organizm kobiety lubi płatać figle, jeśli nie nam, to koleżance. Dobrą opcją są także saszetki rozgrzewające, aby zapobiec chorobie. Wszystko też zależy od tego, czy wyjeżdżacie do centrum Zakopanego, czy w zupełną głuszę. Jeśli apteka jest daleko, warto się zabezpieczyć ;)
Równie przydatny może okazać się powerbank ;)
W sytuacji, kiedy w pobliżu nie ma sklepu (bo jesteśmy w głuszy :)) warto mieć przy sobie gorącą czekoladę na mroźne wieczory i saszetki z gorącymi zupkami ;)


I to by było chyba na tyle, rozpisałam się troszkę :P Dzięki że byliście ze mną, dajcie znać, jaki jest Wasz must have wyjazdów zimowych, ja już uciekam, buźka! :*







poniedziałek, 26 września 2016

ULUBIEŃCY LATA 2016



Cześć robaki! Dziś mam dla Was szybki przegląd moich kosmetycznych ulubieńców. Jestem obecnie na kolejnym wyjeździe i chciałabym jak najmniej czasu spędzać w sieci, niemniej jednak nie chcę zaniedbać bloga ;) Zapraszam więc!



PIELĘGNACJA

W te wakacje moje serce skradły dwa produkty do ciała. Jednym z nich jest mgiełka z Sephory, którą pokazywałam już jakiś czas temu. Świetnie sprawdza się do ciała i włosów ;) Używałam jej najczęściej na "gołe" partie ciała.
Kolejny jest balsam przedłużający opaleniznę After Sun z Kolastyny. Cudownie nawilża i faktycznie sprawia, że opalenizna ma piękny, naturalny kolor. Nie wiem jak z jej przedłużaniem, bo używam samoopalaczy i innych produktów brązujących, niemniej jednak uwielbiam ten balsam :)
Moje włosy w te wakacje pokochały odżywkę Dove Intense Repair. Są po niej miękkie i niesamowicie gładkie, układają się też dużo lepiej.
Odkryciem tego lata jest dla mnie krem z Vichy z SPF 50. Jest co prawda mało wydajny, ale uwielbiam go za matowy efekt. Latem nie zawsze mam potrzebę noszenia makijażu, maluję się tylko kiedy wychodzę gdzieś z ludźmi :D Na zakupy chodzę "goła i wesoła" :D Zawsze miałam problem z moją tłustą cerą - nie mogę nosić samego kremu, bo wyglądam wtedy jak wysmarowana masłem. Ten z Vichy matuje tak, że nie potrzebuję nic więcej i mogę przeżyć cały dzień bez pudru czy przemywania twarzy :)



PAZNOKCIE

Żadnym odkryciem nie będzie dla nikogo odżywka z Golden Rose, uwielbiam ją praktycznie od kiedy wyszła na rynek. W te wakacje również mi towarzyszyła, a oprócz niej molestowałam dwa lakiery, również z GR, z serii WOW. Pierwszy - pastelowa szarość - to nr 06. Zgaszony róż to z kolei nr 08. Wiecie już, że uwielbiam te lakiery, a te dwa kolory pasują idealnie do każdej mojej letniej stylizacji - koszulki i shortów, koszuli i jeansów czy eleganckiej sukienki. 



TWARZ

Tutaj mam zaledwie dwóch ulubieńców, bo jeśli chodzi o kolorówkę, trudno mnie zadowolić ;) Te wakacje należały do Maybelline Color Tattoo w kolorze Creme de Nude oraz CC z Bourjois w kolorze 32. Cienia od Maybelline używam jako bazy pod cienie sypkie, dzięki temu lepiej przyklejają się do powieki, do tego kolor bazowy jest naturalny. ;) Bourjois jest dla mnie teraz stanowczo za jasny (kolor 32 zawsze jest dla mnie za jasny), ale idealnie łączy się z nieco za ciemnym kolorem 34 :) Uprzedzając Wasze myśli, 33 też mi nie pasuje :D CC ma fajną konsystencję, nie za ciężką na lato inie za lekką na chłody, dobrze kryje i sprawdza się na imprezach czy weselach :) 



MASKI W PROSZKU

Zawsze lubiłam tego typu maski, ale nigdy nie chciało mi się po nie sięgać. W te wakacje się przełamałam i okazało się, że maski ze Starej Mydlarni są moim hitem! Są wydajne i niedrogie (normalnie kosztują 19 zł, ale w mojej drogerii można je dostać za 9 - 12). Tego lata królowały u mnie dwie - różana na niedoskonałości i relaksująca kakaowa :) Ta druga zdejmuje się o wiele lepiej i nie muszę jej domywać ;) Obie są wspaniałe i na pewno do nich wrócę ;)


I to by było na tyle ;) Dajcie znać, co skradło Wasze serca w te wakacje, a ja uciekam odpoczywać ;) Chcecie relację z wyjazdu? Ciekawi, gdzie mnie wyniosło? Łapcie fanpage -> KLIK



Buźka! :*


niedziela, 14 sierpnia 2016

MOJE SPOSOBY NA WALKĘ Z TRĄDZIKIEM


Cześć moi mil! :) Dziś przybywam do Was z miniprzewodnikiem po moich sposobach walki z niedoskonałościami. Niektórzy mają ich więcej, inni mniej, niemniej jednak w każdym wypadku są one denerwujące i mogą powodować, że nie czujemy się tak pewni siebie jak powinniśmy.
Ja agresywnego trądziku pozbyłam się już jakiś czas temu, teraz wypryski pojawiają się na mojej twarzy sporadycznie, jednak nadal borykam się ze skłonnością do zapychania, dlatego bardzo uważam na kosmetyki, których używam, Jeśli jesteście ciekawi, jak dbam o problematyczną cerę, zapraszam dalej! :)



1. PODSTAWOWA PIELĘGNACJA

Tutaj muszę wspomnieć, że nie używam tych produktów codziennie (a przynajmniej większości z nich). Są dość agresywne i dla mojej wrażliwej skóry używanie ich codziennie byłoby prawdziwą Gehenną. 
Produktem, który używam codziennie jest płyn micelarny z Tołpy z serii białe kwiaty. Płyn ma w składzie kwas salicylowy i cytrynian sodu, dlatego może zaszkodzić wrażliwej cerze. Nie używam go ani do demakijażu, ani jako tonik. Stosuję zaraz po wstaniu na "brudną" skórę, wtedy micel zdejmuje sebum i powoduje, że łatwiej potem oczyścić mi twarz wodą. Dodatkowo wymienione wyżej składniki łagodzą moje niedoskonałości, ale przez to, że nie używam płynu na "gołą" twarz, robią to bardzo łagodnie.
Kolejnym produktem, bez którego w okresie twarzowego kryzysu nie mogę się obejść to biosiarczkowy żel do mycia twarzy od Balneo kosmetyki. Niech Was ręka Boska broni przed używaniem go codziennie. Żel zawiera SLES i używany codziennie (albo, o zgrozo, rano i wieczorem) mógłby spowodować niemałe szkody na naszych cerach. Przede wszystkim starłby barierę lipidową, która chroni naszą skórę przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi. Dlatego ja używam go 2-3 razy wieczorem w połowie cyklu i 2-3 razy przed okresem, czyli wtedy, kiedy atakują mnie nieprzyjaciele. Żel ściąga skórę, dlatego po umyciu porządnie nawadniam i nawilżam twarz.
Mniej więcej z tą samą częstotliwością, co żelu z Balneo (ale nigdy jednocześnie!) używam kremu z La Roche-Posay z serii Effaclar. On również pomaga mi łagodzić niedoskonałości, dodatkowo moja twarz wygląda po nim całkiem ładnie (nie świeci się jak po moich "nawilżaczach")




2. DODATKI

Mniej więcej raz w tygodniu używam peelingu z Sephory. Kiedyś po prostu pocierałam nim twarz przez chwile, ale pani w Sephorce uświadomiła mnie, że przy cerze problematycznej tylko roznoszę pryszcze w ten sposób. Poleciła mi, żebym zamiast tego nałożyła peeling na twarz i zostawiła do na 2-3 minuty (podobnie, jak w przypadku peelingów enzymatycznych). Taki sposób przynosi mi o niebo lepsze efekty. Skóra wokół niedoskonałości łuszczy się, a ten peeling radzi sobie z tym bez problemu. Wydaje mi się też, że zwiększa efektywność nakładanych na twarz później produktów. Nie polecam jednak używania go częściej niż raz na tydzień.
To jasne, że kiedy pojawi nam się pryszcz, zakrywamy go korektorem. On jednak także może być pomocny. Ja używam korektora z Isany, który dodatkowo ma w sobie składniki antybakteryjne.Nie daje spektakularnych efektów, ale jest całkiem niezły, trzeba tylko trafić z kolorem albo nakładać go (tak jak ja) pod podkład. 



3. MAŚCI

Maści to najlepsi przyjaciele człowieka z pryszczami :D Ja używam dwóch. Cynkowa pomaga "wydobyć" pryszcza spod skóry, przez co szybciej się goi. W przypadku podskórnych, ropnych wulkanów niezawodna jest maść ichtiolowa, która ma pomagać w odchodzeniu ropy, więc wyciąga ją na zewnątrz, a pryszcz staje się coraz mniejszy. Warto jednak wiedzieć, że maść ichtiolowa jest brązowa i bardzo tłusta, przez co brudzi pościel i ubrania, więc polecam używać jej w dzień lub na noc pod plaster. Musiałam kiedyś prać pościel w płynie do naczyń przez nią :D
Maści cynkowej używam często nawet pod makijaż, żeby przez dzień sobie działała. 



Najważniejsze da cery problematycznej jest jednak jej systematyczne nawilżanie. Odwodniona i przesuszona skóra broni się i powoduje o wiele więcej wyprysków. Dlatego wysuszajcie pryszcze, ale róbcie to z umiarem!

No i to by było na tyle moi kochani, dajcie znać, czego Wy stosujecie w walce z trądzikiem lub drobnymi wypryskami. Ja już uciekam, trzymajcie się, buźka! :*






czwartek, 21 lipca 2016

MALEŃSTWA OD GOLDEN ROSE - WARTO?


Cześć! Nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam pastelowe kolory na paznokciach. Kojarzą mi się z ciepłem, choć noszę je przez cały rok. Jakiś czas temu dostałam od mojej współlokatorki w prezencie dwa miniaturowe lakiery od Golden Rose z serii wow nail color. Spodobały mi się na tyle, że dokupiłam jeszcze 4. Czy było warto? Czy wszystkie są tak wspaniałe? Zapraszam dalej ;)


Kolory, które mam to od lewej: 01, 06, 96, 08, 16, 41. Na stronie Golden Rose jest ich 101, choć producent twierdzi, że linia zawiera 96 odcieni :D Kolory prezentują się tak:



Pierwsza trójka to kolory stonowane, biel, szarość i beż, czyli odcienie 01, 06 i 96 ;)
Druga grupa to odcienie 08, 16 i 41 ;)


01 to klasyczna biel. Nie wygląda jednak jak korektor na paznokciach, prezentuje się bardzo ładnie ;) Jedyne, co mogę mu zarzucić, to zupełny brak krycia. Nawet 3 warstwy dają efekt "frencha" na paznokciach. Niemniej jednak sprawdza się o wiele lepiej niż jego siostra z serii rich color. Tej bieli zdecydowanie nie polecam. Maleństwo ma lepszą konsystencję i ogólnie wygląda ładniej, niestety nie kryje tak, jakbym chciała. 

06 to pastelowa szarość. Temu panu nie mam nic do zarzucenia, daje świetny kolor, idealne krycie już przy 1 warstwie, fantastyczny kolor. Pasuje praktycznie do wszystkiego i wygląda bardzo elegancko ;)

96 to już beż ;) Nie jest to żaden nudziak, ma bardziej kremowy odcień. Jeżeli chodzi o niego, wymaga 2 warstw aby krycie było dobre, ale wygląda równie dobrze, co poprzednik ;) Lubię malować nim wszystkie paznokcie, a jeden lub dwa maźnąć czymś mocniejszym ;)


08 to jasny, pastelowy róż. Ta pani ma cudowny kolor, który uwielbiam, ale niestety ma jedną ogromną wadę - okropnie smuży :( Zazwyczaj kiedy maluję paznokcie, po 1 z każdej dłoni pokrywam innym kolorem, niż na reszcie. Ten zazwyczaj właśnie jest na te 2 "odmieńce", bo gdybym miała się męczyć z 10 palcami to bym chyba oszalała :D Kolor jest piękny, dlatego chcę go zużyć ;)

16 to mocny róż z błyszczącymi drobinkami. Ten nie smuży i nie potrzebuje 2 warstw, ale nie przepadam za nakładaniem go na wszystkie paznokcie i zazwyczaj leci na moich dwóch oryginalniaków ;) Ten kolor razem z beżem z poprzedniej grupy dostałam właśnie od współlokatorki, która powiedziała mi "ten właśnie ci kupiłam z myślą o tych dwóch samotnych palcach" :D

41 to intensywna żółć. Kupiłam go na pocieszenie po rozczarowaniu żółtą Coloramą z Maybelline, która bardzo smuży. Goldenrosiak też odrobinę ma ten problem, ale da się wyżyć i przy drugiej warstwie jakoś to wygląda. To jest kolor zdecydowanie wakacyjny i lubię nakładać go zarówno na "standardowe" paznokcie jak i na moje samotniki (wskazujący w prawej dłoni i serdeczny w lewej :D) Prawdę mówiąc, nie pamiętam, kiedy miałam pomalowane wszystkie paznokcie na jeden kolor :D


To już wszystkie moje maleństwa, tak prezentują się na paznokciach:




Czy warto je kupić? Myślę, że tak, bo ich cena jest niewielka (3-4zł). Mają też małą pojemność, dlatego jest większa szansa, że zużyjemy je zanim zaschną. Duży plus także za konsystencję, zazwyczaj wystarcza jedna warstwa. Co do trwałości, bez top coatu wytrzymują kilka dni, z topem - mam hybrydy bez hybryd. Zazwyczaj jeśli kolor mi się nie znudzi, maluję paznokcie co 10-14 dni ;)

Pomimo kilku potknięć, polecam zapoznać się z tą serią ;)



I to by było na tyle ;) Znacie te lakiery? Używacie ich? Lubicie pastelowe odcienie? ;) Piszcie, a ja uciekam się lenić :D

Buziaki! :*












niedziela, 3 lipca 2016

ULUBIEŃCY CZERWCA


Cześć robaki ;) Czerwiec dobiegł już końca, dlatego przychodzę z zestawieniem ulubieńców miesiąca. Zapraszam :)




WODA TERMALNA I MGIEŁKA AVON

Nie wyobrażam sobie lata bez kostek lodu i wody termalnej, Daje wspaniałe orzeźwienie, chłód i sprawia, że moja cera przestaje być ściągnięta. Ma też przystępną cenę i można ją aplikować także na makijaż, co często robię aby orzeźwić twarz lub zdjąć pudrowość ;)
Mgiełki avon to mój letni niezbędnik każdego roku. Zawsze mam w zanadrzu któryś z wariantów zapachowych. W tym miesiącu było to Bright Apple Blossom, czyli świeży zapach zielonego jabłuszka. Jest bardzo słodki, ale nie za słodki ;)



MASKA AGAFII I STARA MYDLARNIA

Bardzo lubię maski do twarzy, zarówno te "płynne" jak i w proszku. Testuję ich sporo i niedługo może pojawi się post na ich temat ;) W tym miesiącu moje serce skradły dwie saszetki: Stara Mydlarnia Anti-aging z różową glinką i odświeżająca Babuszka Agafia z miętą. SM to peel off, którą uwielbiam za wyrównanie kolorytu mojej cery i łagodzenie niedoskonałości i zaczerwienień. Olejek z drzewa herbacianego działa antyseptycznie, przez co mam widocznie mniej niedoskonałości. Używam jej zazwyczaj wieczorem. Agafii natomiast używam rano, przed pierwszym myciem twarzy (czyli teoretycznie zaraz po wstaniu). Nie mogę jej używać na oczyszczoną skórę, bo zawarta w niej mięta sakrabucko piecze. Maska doskonale odświeża i "budzi" moją cerę, przywraca jej też blask. Jak dla mnie obie są niesamowite ;)



BAZA SMASHBOX I CC BELL

Lato to czas, kiedy makijaż jest mniej trwały na twarzy. Po bazę Smashbox Photo Finish sięgnęłam przy okazji wyjścia na wesele i została ze mną na dłużej. Oczywiście nie używam jej codziennie, ale kiedy mam jakieś większe wyjścia lub kiedy wiem, że będę długo poza domem. Baza jest matowa, dobrze utrzymuje makijaż, sprawia, że jest trwalszy i przede wszystkim zmniejsza pory, przez cera wygląda o wiele ładniej ;)
Krem CC z Bell kupiłam jakiś czas temu, ale dopiero teraz odkryłam jego potencjał. Kolor dopasował się do mnie idealnie (mam odcień 03 Sunny), razem z bazą tworzy wspaniały duet. Pokochałam go przede wszystkim za brak efektu maski i świeży, letni wygląd. Czasem łączę do z Rimmel Lasting Finish dla lepszego krycia ;) Jego cena jest także niesamowita, bo jest to zaledwie 18 zł.




MAKE UP REVOLUTION I AVON

Dawno niewidziany rozświetlacz z MUR powrócił w końcu na salony. Zimą uznałam go za zbyt ciepły, natomiast na lato jest idealny, daje bardzo słoneczny, wakacyjny blask. W odstawkę póki co poszedł rozświetlacz z Kobo, który jest niemal biały i fajnie wygląda zimą. Ten z MUR mam w kolorze Peach Lights i o ile dobrze go zblenduję, wygląda niesamowicie!
Ostatnimi czasy jestem chora na pomadki w kolorach nude. Pokazywałam już bladziocha z MUR, a w tym miesiącu zdecydowanie zakochałam się w matowym Avonie w kolorze Au Naturale. Nie jest to typowy nudziak, ale lekko zabarwiony brązem i pomarańczem. Nie wygląda na ustach trupio, co jest jego ogromną zaletą. Mimo że jest matowa, dobrze się rozprowadza i nie wysusza ust. Jak dla mnie - ideał do mocniejszego i naturalnego makijażu oka ;)





DERMEDIC I WILKINSON


Jeżeli borykacie się z problemem atopowej skóry, wiecie jakie to uczucie, kiedy wszystko Was gryzie, swędzi, piecze, jest suche, ściągnięte i schodzi skóra. Długo szukałam czegoś co choć trochę złagodzi uczucie pękającej skóry i w końcu trafiłam na to. Nie wyobrażam sobie teraz używać czegoś innego po prysznicu. Dermedic Linum Emolient doskonale koi moją skóre i przywraca jej gładkość. Świetnie radzi sobie z suchymi łokciami i zrzucającą się skórą. Ma też bardzo wygodny atomizer. Nie daje jakiegoś super nawilżenia, dlatego wspomagam go normalnym balsamem, ale od kiedy go używam, "normalne balsamy" nie sprawiają mi już palącego bólu. 
Maszynkę z Wilkinson odkryłam przypadkiem. Idąc na maraton X mena do kina... dostałam ją w prezencie jako dodatek do biletu :D Moja to Wilkinson Sword Extreme 3. Jest genialna i o wiele bardziej żywotna od innych maszynek. Ma dwa paski nawilżające, przez co skóra jest gładsza, a zacięć - o wiele mniej. Ma też fajny kształt, całość ostrza przylega do skóry. Jak dla mnie super! :)



I to by było na tyle. Dajcie znać, czy lubicie któryś z tych produktów i jacy byli Wasi ulubieńcy w tym miesiącu. :) Ja już uciekam, pozdrawiam Was ciepło, buźka! :*