Witaj na Selfmadeheaven. Blogu, który już od jakiegoś czasu nie funkcjonuje. Przestałam bawić się w blogowanie kosmetyczne i przerzuciłam się na więcej pisania, niż kolorowych obrazków. Poza tym, świetnych blogów kosmetycznych jest od groma :) Nie usuwam go głównie przez sentymetn. Przez to, że zdjęcia mi się podobają i przez to, że tęskniłabym za nim, gdybym go usunęła. Dlatego będzie mi miło, jeśli przeglądniesz jakieś moje stare posty w poszukiwaniu informacji albo inspiracji, ale raczej nie pojawi się tu nic nowego :)
W międzyczasie zapraszam Cię na mój nowy blog, gdzie jest więcej do czytania, pozdrawiam!

wtorek, 14 kwietnia 2015

Czy urzekłaby mnie Naked 3, gdybym ją miała

Helooou! :) Ajajajajaaaaaj, jak dawno mnie nie było. Jakoś mnie porwał wir powrotu na studia po przerwie świątecznej, dużo generalnie się działo, znów gniję w stosie książek i jakoś odłożyłam blogowanie i przeglądanie blogów na drugi plan. Wybaczcie ;) Teraz przybywam i mam już zaplanowane kolejne posty, także będzie się działo!

Dzisiaj przychodzę z recenzją, chociaż w blogosferze jest już ich tysiące. Jak zwykle jestem na końcu :P Będzie mowa o palecie cieni Makeup Revolution Iconic 3, czyli tańszym zamienniku Naked 3. Na pewno wiecie już bardzo dużo na jej temat od strony technicznej, jednak moja opinia i wniosek końcowy będą trochę inne :) Zapraszam więc do czytania!


Paletę wszyscy już dobrze znają, więc opisywać jej nazbyt nie trzeba :) Zawiera 12 cieni, część z nich jest matowa, część brokatowa ;) Jak dla mnie tych matowych jest stanowczo za mało, nie lubię zbyt dużego błysku na powiekach, tym bardziej, że palety używam do codziennego makijażu :)


Tu macie swatche, pierwszy kolor jest tak jasny, że nie udało mi się go złapać na zdjęciu, mimo że wydłubałam dziurę palcem :D

Pigmentacja cieni jest dobra, cienie dość długo utrzymują się na powiece, nic się raczej nie waży, chyba że nie przypudruję najpierw powieki. Pod koniec dnia wszystkie kolory trochę się ze sobą "blendują", ale nie wymagałam od nich całodobowej trwałości. Ich cena to około 20 zł i jak dla mnie za te pieniądze zachowują się genialnie, jeśli idzie o trwałość i pigmentację. (Btw. Przepraszam, jeśli nie piszę po polsku, ale jest już późno, jestem głodna, a jutro mam kolokwium :P)

I tu mniej więcej kończą się jej zalety. Nie podoba mi się natomiast to, że wszystkie te kolory mają w sobie odcienie różu, takiego brudnego łososiowego pigmentu, może oprócz tych najciemniejszych i tego najjaśniejszego. Pozostałe, np. 4 i 7 w kolejce są na powiece bardzo różowe i kiedy chcę ich użyć jako cienia bazowego, wyglądam, jakbym płakała 3 noce :( Palety, tak jak już wspomniałam używam na co dzień i tak naprawdę korzystam z 3-4 cieni: pierwszego beżu, różowego brokatu i dwóch ostatnich. Całej reszty używam baaardzo sporadycznie, a niektórych wcale. Teraz przyszło mi do głowy, że drugim w kolejności mogę rozświetlać kącik :)


Paleta ma imitować Naked trójkę i z tego, co wiem, całkiem nieźle to robi. Są oczywiście różnice w pigmentacji i tak dalej, ale generalnie jakość jest adekwatna do ceny :) Można powiedzieć, że ta paleta jest "próbką" Urban Decay.
Czy kupiłabym Naked 3? Myślę, że nie. Mając paletę MUR, mogę używać zarówno 4 jak i 10 cieni i nie czuję, że są to pieniądze wyrzucone w błoto. Jestem pewna, że przy okazji jakiejś imprezy inne cienie też się przydadzą.
Jednakże jeśli miałabym zapłacić 200 zł za używanie 4 z 12 cieni, czułabym się z tym źle. Tym bardziej, że pigmentacja MUR jak najbardziej mi odpowiada, trwałość również, maluję się codziennie na uczelnię i nie potrzebuję jakiegoś mega looku :)

Podsumowując, jestem jak najbardziej zadowolona z palety, chociaż bazowy cień już ma dziurę i będę musiała czymś się ratować :D 

Oceniam ją generalnie na 3.5/5. 

Dajcie mi koniecznie znać, czy inne Iconic też są takie różowawe, bo na zdjęciu ciężko stwierdzić :)

Na dzisiaj to tyle, trzymajcie się robaczki! :*


piątek, 3 kwietnia 2015

Ulubieńcy marca



Hej robaczki :* Zapraszam Was dzisiaj na ulubieńców marca. Nie ma tego jakoś specjalnie dużo, jednak kilka rzeczy zasłużyło sobie na ten tytuł :) Nie przedłużając, zapraszam!


Nr 1: olejek myjący Ziaja - chyba Wam go jeszcze nie pokazywałam. Lubię go, bo jest delikatny, łagodny, nie powoduje podrażnień ani uczucia ściągnięcia skóry (co u mnie zdarza się nagminnie). Nie do końca radzi sobie z makijażem, jeśli wcześniej nie zmyje się go mleczkiem albo micelem, ale dla mnie to nie jest minus - zawsze przecieram czymś twarz przed myciem ;)


Nr 2: Szminka Avon Extra Lasting w kolorze sunkissed ginger. Na ustach jest prawie nie widoczna, daje tylko lekką mgiełkę koloru. Polubiłam się z nią, bo mam dużo ciemnych szminek, które na cieplejsze dni wydały mi się zbyt ciężkie, poważne i czułam się w nich źle. Ta wygląda bardzo dobrze, rozjaśnia cały makijaż i jest bardzo wiosenna :)


Nr 3: Maskara Colossal Volume Express - jest moim ulubieńcem od dobrych kilku lat, ale to w marcu podbiła najbardziej moje serce. Dlaczego? Bo kompletnie nie spływa z oczu, nie straszne jej łzy ani deszcz. Jestem osobą, która jest uczulona na zewnątrze :D, to znaczy, że wystarczy, że wyjdę na zewnątrz i od razu płaczę, łzawię i kataruję. Moje oczy non stop ociekają łzami, makijaż spływa, ale mascara się trzyma! :D Do tego jej kolor to cudownie głęboka czerń, a moje rzęsy wyglądają w niej, jakby sięgały brwi!


Nr 4: Wosk Yankee Candle Lake Sunset - zimą namiętnie wypalałam Vanilla Chai, a wiosną przerzuciłam się na coś lżejszego, delikatnego. Zapach kojarzy mi się ze świeżym powietrzem albo z zapachem bryzy. Jest bardzo przyjemny, choć palony długo w małym pomieszczeniu robi się duszący :(
Mimo to bardzo się z nim polubiłam :)


Nr 5: Avon Little Black Dress - poleciła mi ją Jiffy i nie żałuję zakupu! Zapach jest cudowny, nienachalny, nie jest ani słodki, ani ciężki, wieczorowy. Idealny na co dzień, wystarczy mała ilość, aby poczuć szczęście :D Używam na zmianę z Ingrid, ale w tym miesiącu częściej pachniałam czarną sukienką :P


Nr 6: Pierre Rene kredka do brwi  - jest minimalnie za ciemna, ale wyczesana szczoteczką daje radę. Jest już wysłużona ;) Fajnie podkreśla brwi, nie rozmazuje się, trzyma na brwiach do samego zmycia :)


Nr 7: Bourjois Healthy Mix - jest naprawdę bardzo fajny, nawilżający, "miękki", rozświetla moją cerę i nie waży się jak milion jego poprzedników :) Słyszałam opinie, że jest to najbardziej żółty ze wszystkich podkładów, jednak na mojej skórze wygląda różowo i nie wiem, od czego to zależy :C Nie jest to jakaś wielka wada, więc podkład nadal jest moim ulubieńcem i pewnie posłuży mi caaałe lato :)


Nr 8: Isana odżyka/maska/nawetniewiemco, ale podbiła moje serce! Dociąża włosy (o ile przy moich to możliwe), są gładkie, miękkie i w miarę zdyscyplinowane. :) Używam po umyciu jako odżywkę b/s.

No i to tyle moich marcowych ulubieńców :) Używałyście czegoś? Piszcie koniecznie, co podbiło w marcu Wasze serca! :)

I na koniec krótka informacja. Pisałam niedawno o kremie do opalania z Bielendy. Miauczałam wtedy, że ciężko go dostać zimą i w ogóle, a tu nagle niespodzianka! Jak na zawołanie w lokalnej drogerii znalazłam caaałą półkę kremików i to osobno, nie jako dodatek do większego kremu! :) Jestem najszczęśliwsza! :)


Buziaki, trzymajcie się ciepło, życzę Wam radosnych, zdrowych i rodzinnych świąt Wielkanocnych! :*







środa, 18 marca 2015

Najcudowniejszy krem do twarzy od Bielendy



Hej moje robaki! :) Dzisiaj chcę przedstawić Wam mojego ulubieńca wśród kremów do twarzy, których przetestowałam naprawdę milion. Panie i panowie, oto Bikini! ;)


Bielenda bikini ochronny krem do twarzy SPF 30. 

Dlaczego krem do twarzy nazywa się bikini?

Jest to krem, który chroni nas podczas ekspozycji na słońce. Jestem osobą, która używa kremów z SPF cały rok, ponieważ promienie słoneczne docierają do naszej skóry również zimą. Krem przeznaczony jest do cery mieszanej i tłustej, ma nawilżać i zapewniać ochronę anti age. Producent pisze o nim:

Specjalistyczny produkt ochronny do twarzy uwzględniający potrzeby skóry tłustej i mieszanej.
Lekka, nietłusta konsystencja, nie obciążająca cery, nie zatykająca porów.
Produkt wielosezonowy i wielozadaniowy – ochrona skóry twarzy latem na plaży, zimą w górach oraz jako city bloker. Ochrona Anti - Age na poziomie komórkowym, skuteczne nawilżanie. Zawiera kwas hialuronowy.
Deklarowana ochrona UVA/UVB jest osiągana przy ilości filtra 2 mg/1 cm2 skóry (czyli minimum 1-1,25 ml na samą twarz; 1,5-1,8 ml na twarz i szyję; ok. 30 ml na całe ciało; często ponawiać aplikację w ciągu dnia).


Czy tak właśnie jest?


Skoro to mój ulubieniec to pewnie tak ;) Ale po kolei :)

Krem zamknięty w wygodnej tubce, łatwo się go aplikuje. W składzie znajdziemy całą tablicę Mendelejewa, ale za to nie ma tam szkodliwych wysuszaczy, etc. Duży plus za to :) 
Skład:


Jest gęsty, ma zbitą konsystencję. 


Ważną cechą jest to, że bardzo łatwo się rozsmarowuje i niesamowicie szybko wchłania. Skóra po jego użyciu od razu robi się miękka, elastyczna i odrobinę jaśniejsza, bardziej zdrowsza. Nakładam go zazwyczaj ilość widoczną na zdjęciach, ona wystarcza mi na całą twarz :)


Bardzo na plus jest to, że krem nie bieli. Podczas aplikacji faktycznie jestem nieco bledsza, ale kiedy się wchłonie, nie ma po nim śladu. Na zdjęciu poniżej rozsmarowany na małym kawałku dłoni.


Teraz działanie, czyli czy jest tak jak obiecuje producent. Lekka, nietłusta konsystencja, nie obciąża cery, nie zatyka porów. Krem naprawdę jest bardzo lekki, w ogóle nie czuć go na twarzy, nie lepi się, jest przyjemny i bardzo delikatnie pachnie latem ;) Faktycznie nie obciąża mojej cery i co ważne nie zapycha. Jest więc idealny pod makijaż i tak właśnie go stosuję :) 
Bardzo się z nim polubiłam i na pewno będę do niego wracać, bez względu na porę roku.

Krem ma jednak jeden, bardzo istotny minus: nie można go dostać nigdzie wiosną, jesienią i zimą. No po prostu nigdzie. Do kupienia jest tylko latem i tylko jako gratis do kremu ochronnemu do całego ciała. Jest to ogromny minus, bo jako osoba, która stosuje filtry cały rok, jestem bardzo nieszczęśliwa, bo inne kremy dostępne zimą mają fatalny skład i nawet nie chcę ich próbować. Krem trzeba kupować na zapas i to jeszcze z ogromną ilością kremu do opalania, którego nijak nie da się zużyć, bo nie jest taki fajny i nie jest zamiennikiem balsamu do ciała :C

Podsumowując: mimo iż krem na duużą wadę, nie przekreśla ona jego technicznych zalet, więc spokojnie oceniam go 5/5. Nadal jest on moim ulubieńcem i choć nie lubię lata, nie mogę się doczekać, aż będę mogła go kupić z powrotem ;)

Znacie? Lubicie? Polecacie coś innego? Piszcie koniecznie, buziaki! :*



poniedziałek, 9 marca 2015

Podsumowanie akcji u Anwen: miesiąc z Kallosem

Hej kochani :) Miesiąc temu na blogu u * Anwen * pojawiła się akcja: miesiąc masek do włosów. Wzięłam udział, bo kocham maski i była to pierwsza taka akcja, w której dokładam swoje dwa grosze :) Do testów wybrałam maskę Kallos Algae i jeśli chcecie wiedzieć, jakie efekty uzyskałam, zapraszam dalej :)

Najpierw zacznę od samej maski.


Maska zamknięta w typowym dla Kallosa wielkim opakowaniu, w ilości niemożliwej do zużycia ;) Cena w Hebe to około 14 zł, chociaż u mnie w lokalnych drogeriach można je dostać nawet za 10 :)
Wieczko jest trochę niestabilne, ale to również cecha charakterystyczna tej firmy (chyba że to ja zawsze trafiam na takie felerne ;)), musiałam uważać, żeby łapać ją za "słoik", a nie za wieczko, ale to nieznaczny minus. Zapach mnie drażni, kojarzy mi się z pogrzebem, na którym pełno bzów (nie znoszę ich zapachu). Skład całkiem przyjemny:


Dużo emolientów,olejki, ekstrakty, kallosowa moc silikonów... no i alkohol benzylowy, czyli tykająca bomba, która z impetem wpadła do mojej włosowej czary goryczy i mocno ją przelała.

Książki powinnam pisać xD

Kupiłabym jakąś bez tego składnika, ale akurat innej nie było, wszystkie miały alkohol (jeszcze wyżej w składzie), a akcja zaczynała się tego dnia, więc, jak to mówią, wzięłam co dali :D

Jak widać, w masce brak protein, które trzeba było uzupełniać. Mimo to ich brak trochę odbił się na kondycji moich włosów.


Maska ma gęstą, zbitą konsystencję. Jak widać (albo i nie :D), zużyłam w ciągu tego miesiąca całkiem sporo, bo jestem maniakiem Kallosów, nigdy nie umiem ich zużyć w ciągu "przepisowych" 12 miesięcy (bo mam milion innych :D), dlatego nakładam wielokrotność jednej porcji.
Wiem, że grzeszę :C


No to teraz działanie :)

Moje włosy przed rozpoczęciem akcji wyglądały tak:




W sumie nic specjalnego, ale byłam w miarę zadowolona. Odrost razi i nigdy nie przestanę zastanawiać się, skąd pochodzi ten jeden zafarbowany kosmyk, który odrostu nie posiada :D
Włosy trochę się tu strączkują, ale po prostu tak mają, że jeśli ich nie przeciążę, są bardzo napuszone, nie ma nic pomiędzy niestety. :C


Włosy jakby wyglądały lepiej, trochę mniej się puszyły i mogłam dociążyć je w miarę bezpiecznie. Na zdjęciu jednak widać, że końce zaczynają już wołać o pomstę do nieba. W dotyku włosy były miękkie, ale koncówki były straszne, wszędzie znajdowałam białe kulki i generalnie wiedziałam, że jak już złapię moją fryzjerkę to spora część spadnie. Na zdjęciu tego nie zobaczycie, ale maska zrobiła ze mnie 'przychlasta' - objętość spadła, włosy u nasady stały się bardziej oklapnięte, nie chciały się mnie słuchać, kiedy odganiałam je na tył głowy, a włosy na długości pozostały bez zmian, czyli czasem się puszyły, czasem strączkowały, czasem nawet jedno i drugie (moje włosy są inwalidami).

Po zakończeniu akcji poszłam do fryzjerki, która zapytała mnie, ile razy prostowałam włosy od kiedy ostatni raz się widziałyśmy. Zastanowiłam się chwilę, odpowiedziałam że zero i zrobiło mi się bardzo smutno. Miało pójść dwa centymetry, ale niestety musiało pójść więcej.


Zdjęcie w słabym świetle i robione kiepskim sprzętem, odrost pozostał na swoim miejscu (tu go prawie nie widać :D)
Jak widać uciekło mi sporo włosów, widać, że gdzieniegdzie odstają "rozerwane" włoski (zdjęcie bez lampy). Były miękkie i w ogóle, ale niestety, nie wszystkie zepsute końce spadły (zgodnie stwierdziłyśmy, że krócej już nie). Dalej czułam, że są szorstkie, pojawiały się kulki, ale na chwilę obecną opanowałam sytuację.

Po stosowaniu tej maski przez cały miesiąc, moje włosy potrzebowały potężnej dawki protein, dlatego zafundowałam im SPA, w którym nie było bezproteinowego produktu. Zrobiły się ładne, niestety zaczęły się puszyć ;P Taki to już mój los, heheszki :)

Podsumowując, maskę oceniam na 3/5. Drobne punkty za jakieśtam działanie, odejmuję dwa za alkohol i straszny stan moich końców.



Aż mi smutno jak na to patrzę :D

Teraz tylko muszę czekać aż odrosną ;)

Używałyście ostatnio jakichś cieakwych masek? :) Piszcie! A ja wracam do niemieckiego :P

Buziaki :*






sobota, 28 lutego 2015

Soft Glamrock... czy coś :)



Hej kochani! <3 Dawno nie pokazywałam Wam żadnej stylizacji, a to ze względu na brak fotografa "pod ręką" :C Ale dzisiaj jestem, w końcu spotkałam się z przyjaciółką, która zgodziła się trochę popstrykać ;) I oto efekty!
Postawiłam dzisiaj na coś co nazywam soft glamrockiem, w zasadzie nie wiem dlaczego :P Jest to jednak w 100 procentach mój styl, widzę tu trochę grunge'u, trochę rockowego pazura, całość dopełniają wysokie, dość masywne buty i minimalistyczna biżuteria. Do tego duża torba i czuję się jak ryba w wodzie! <3


Przepraszam za mimikę twarzy, ale jakaś niefotogeniczna dzisiaj byłam :D



Aby przełamać klimat wszechobecnej czerni postawiłam na... czerwony stanik! :D
Co myślicie o takim zestawieniu? :)




Makijaż postanowiłam oprzeć na stonowanych brązach i mocnych ustach, których kolor kojarzy mi się ze stylem retro (ale dzisiaj miszmasz :D) albo ze zlotami motocyklistów.

O! To jest dobre porównanie: motorstyle! :D



Koszulka: C&A
Spodnie: NewYorker
Buty: Deichmann
Torba: Sinsay
Zegarek: House

A na paznokciach już nieco obdrapane, bo czterodniowe ombre, na które poświęciłam 7 prób i 13 wacików, aż w końcu się udało! :D



No i to by było na tyle :) Jak Wam się podoba? :)

Zapraszam do komentowania oraz na mojego fanpage'a, do następnego razu! :)







poniedziałek, 23 lutego 2015

Perfecta wygładzające masło do ciała lody melba

Hallo kochani! :) U mnie na uczelni już zaczął się nowy semestr, więc czekają mnie nowe trudności (tym razem zamiast staropolskiej będę się męczyć z oświeceniem :C) Dzisiaj zapraszam Was na recenzję masła do ciała, które prezentowałam Wam w ulubieńcach roku 2014 (KLIK) :) Mowa o maśle do ciała z Perfecty :D


Masło jest dość duże, dostępne w większości drogerii w cenie ok. 14 zł. Jego pojemność to 225ml. Jest nazwane "lody melba", pewnie jest to nazwa zapachu czy coś takiego :) Producent zapewnia, że jest to produkt wygładzający i że:

Zawiera olejek arganowy, który silnie regeneruje skórę oraz nadaje jej jedwabista gładkość. Olejek Monoi de Tahiti łagodzi podrażnienia i czyni ją wyjątkowo miękką i delikatną. Kwas hialuronowy intensywnie nawilża. 



Masło zamknięte jest w okrągłym opakowaniu, chronione jest przez foliową nakładkę, co jest bardzo fajnym rozwiązaniem :)



W środku mamy nasz produkt :) Masło jest dość gęste, ale bardzo delikatne. Ma parafinę w składzie, ale kompletnie tego nie czuć, w sensie, nie robi żadnej krzywdy :)


Po rozsmarowaniu bardzo szybko się wchłania pozostawiając na skórze miękką powłoczkę (to chyba ten efekt wygładzenia). Jego zapach jest cudowny, delikatny i nienachalny :)





Podsumowując, masło jest bardzo fajne i przede wszystkim bardzo wydajne :) Mam je od wakacji i zużycie jest naprawdę niewielkie. Lubię jego zapach, to, że szybko się wchłania, denerwuje mnie jedynie ta powłoczka, dość śliska, satynowa, która długo się utrzymuje. 
Mimo parafiny w składzie masło nie zapycha, osobiście uwielbiam je stosować jako krem na noc i świetnie się sprawdza, rano jestem piękna i wcale nie świecąca (mam problem z wydzielaniem sebum) :)

Generalnie produkt oceniam na 4.5/5 - pół punktu za satynową powłoczkę :) 

Używałyście? Co sądzicie? :)

Na dzisiaj tyle, buziaki! :*

sobota, 13 grudnia 2014

Grudzień w obiektywie: Ukochana Łódź



Witajcie kochani! :) W dzisiejszym poście przeczytacie relację z mojego wyjazdu do najpiękniejszego, najukochańszego,  najwspanialszego i w ogóle naj mieście, w którym nigdy nie wieje, czyli Łodzi <3 Wiem, że dla większości Łódź to szare miasto pełne obdrapanych kamienic i wszechobecnych śmieci, ale dla mnie to zawsze będzie TO. I nie widzę tam żadnych obdartych kamienic. Widzę pewną historię, niezmąconą żadnymi unowocześniającymi remontami. Nie znoszę nowoczesności. Nie znoszę Rzeszowa.
Amen.

Tymczasem w piątek na całe 13 godzin zamieszkałam w Łodzi, odwiedziłam przyjaciół w akademiku (nie spodziewałam się, że w ciągu roku aż tyle może się zmienić), w końcu odetchnęłam przestrzenią (w Rzeszowie strasznie się duszę), spotkałam milion różnych dziwadeł (babcie, której wyskoczyło biodro i chciała, żeby ją odprowadzić do domu, wróżkę, która powiedziała mi, że mam dużo stresu, chłopaka który przekazał mi białą kopertę z cudzymi dokumentami, po całej Łodzi biegali za mną ludzie z Metrem, wobec tego miałam cztery egzemplarze tego samego numeru w plecaku, jeździłam tramwajami w tę i z powrotem (kocham tramwaje! <3), zrobiłam sto tysięcy zdjęć, a potem wróciłam do smutnej rzeszowskiej rzeczywistości i spotkałam miłego pana taksówkarza, który o 4 rano zapytał mnie, czy wracam z pracy :D

Nie przedłużam już, gdybym chciała opisać cały piątkowy dzień, powstałaby całkiem gruba książka. Odbiłam sobie cały rok domowo-rzeszowskiej rutyny. :)

Zapraszam!



Najpierw przespacerowałam się wszechobecną Piotrkowską, kierując się w stronę Placu Wolności. Aż mi się ciepło robi na myśl, że rok temu o tej porze miałam problem z jego znalezieniem. :)
No i świecące reniferki! O 7 rano niestety się nie świeciły, ale i tak były sugoi! <3




Dzień dobry panom, co panowie tak przed Hebe sterczą z samego rana, będą coś rozdawać? :D


A tu sympatyczne piotrkowskie gołąbki <3 Przylgnęły do mnie, bo myślały, że mam jeść. Ale nic im nie dałam, bo nic nie miałam, sama zeżarłam w autobusie :D



A tu już bliżej Placu Wolności i choinki, która zaświeciła się o 17, a ja oczywiście tkwiłam wtedy w korku ;D

Bo każdy rozsądny podróżnik jest w raju, gdy utknie w kilometrze tramwajów! <3


Bomba choinowa! 



No i Plac Wolności, na którym jak na złość wyszło tylko jedno zdjęcie, bo światło wokół bardzo się zbuntowało. :C


Wygląda to jakby było robione pod koniec sierpnia o 20, jak już słońce zaczyna zachodzić :D


Kiedy już wydostałam się z Placu Wolności i uciekłam złośliwej cygance, znalazłam się na tyłach Manufaktury i postanowiłam ten widok zachować na dłużej :)



W drodze od Niciarnianej do Przędzalnianej w poszukiwaniu tkanin, dzianin, etc (oczywiście nie znalazłam, bo jestem blondynką :D) spotkałam urocze kaczorki, które siedziały w wodzie, a jak mnie zobaczyły, całą watahą naparły na mnie małymi nóżkami w nadziei na jedzonko ^^

Po spotkaniu z kaczorkami (dalej mi się chce śmiać na wspomnienie tego marszu w moją stronę xD) w końcu otworzyli Manufakturę i mogłam zagrzać stopy, których już wówczas nie czułam zupełnie :D





Oczywiście nie zabrakło Piernikowej Chatki...




...ani choinki na rynku! <3


W Manufakturce spędziłam kilka dobrych godzin, najadłam się za pięciu i tak bardzo poczułam własne zmęczenie, że olałam przecenę Yankee Candle i ruszyłam w stronę starych śmieci, czyli mojego akademika!


W międzyczasie jeszcze ruszyłam w miasto i porobiłam wieczorno-nocne zdjęcia :)



No i przystrojona Łódzka jako uwieńczenie zakupów (tam wstąpiłam do Yves Rocher ^^)




Kocham tramwaje! <3







You Shall Not Pass! :D I tramwaj! xD

Na koniec zdjęcie z Tsuzuki <3 która przygarnęła mnie do pokoju na kilka godzin, odprowadziła na przystanek i dzielnie zniosła moje towarzystwo! <3



I to by było na tyle, dość długi post się zrobił, ale miałam problem z wybraniem tylko kilku zdjęć, Łódź jest zbyt piękna! ;)

Łodzi, szykuj się, przybywam zaraz po licencjacie, szykuj mieszkanko! <3

Trzymajcie się robaczki! :*