Witaj na Selfmadeheaven. Blogu, który już od jakiegoś czasu nie funkcjonuje. Przestałam bawić się w blogowanie kosmetyczne i przerzuciłam się na więcej pisania, niż kolorowych obrazków. Poza tym, świetnych blogów kosmetycznych jest od groma :) Nie usuwam go głównie przez sentymetn. Przez to, że zdjęcia mi się podobają i przez to, że tęskniłabym za nim, gdybym go usunęła. Dlatego będzie mi miło, jeśli przeglądniesz jakieś moje stare posty w poszukiwaniu informacji albo inspiracji, ale raczej nie pojawi się tu nic nowego :)
W międzyczasie zapraszam Cię na mój nowy blog, gdzie jest więcej do czytania, pozdrawiam!

środa, 18 marca 2015

Najcudowniejszy krem do twarzy od Bielendy



Hej moje robaki! :) Dzisiaj chcę przedstawić Wam mojego ulubieńca wśród kremów do twarzy, których przetestowałam naprawdę milion. Panie i panowie, oto Bikini! ;)


Bielenda bikini ochronny krem do twarzy SPF 30. 

Dlaczego krem do twarzy nazywa się bikini?

Jest to krem, który chroni nas podczas ekspozycji na słońce. Jestem osobą, która używa kremów z SPF cały rok, ponieważ promienie słoneczne docierają do naszej skóry również zimą. Krem przeznaczony jest do cery mieszanej i tłustej, ma nawilżać i zapewniać ochronę anti age. Producent pisze o nim:

Specjalistyczny produkt ochronny do twarzy uwzględniający potrzeby skóry tłustej i mieszanej.
Lekka, nietłusta konsystencja, nie obciążająca cery, nie zatykająca porów.
Produkt wielosezonowy i wielozadaniowy – ochrona skóry twarzy latem na plaży, zimą w górach oraz jako city bloker. Ochrona Anti - Age na poziomie komórkowym, skuteczne nawilżanie. Zawiera kwas hialuronowy.
Deklarowana ochrona UVA/UVB jest osiągana przy ilości filtra 2 mg/1 cm2 skóry (czyli minimum 1-1,25 ml na samą twarz; 1,5-1,8 ml na twarz i szyję; ok. 30 ml na całe ciało; często ponawiać aplikację w ciągu dnia).


Czy tak właśnie jest?


Skoro to mój ulubieniec to pewnie tak ;) Ale po kolei :)

Krem zamknięty w wygodnej tubce, łatwo się go aplikuje. W składzie znajdziemy całą tablicę Mendelejewa, ale za to nie ma tam szkodliwych wysuszaczy, etc. Duży plus za to :) 
Skład:


Jest gęsty, ma zbitą konsystencję. 


Ważną cechą jest to, że bardzo łatwo się rozsmarowuje i niesamowicie szybko wchłania. Skóra po jego użyciu od razu robi się miękka, elastyczna i odrobinę jaśniejsza, bardziej zdrowsza. Nakładam go zazwyczaj ilość widoczną na zdjęciach, ona wystarcza mi na całą twarz :)


Bardzo na plus jest to, że krem nie bieli. Podczas aplikacji faktycznie jestem nieco bledsza, ale kiedy się wchłonie, nie ma po nim śladu. Na zdjęciu poniżej rozsmarowany na małym kawałku dłoni.


Teraz działanie, czyli czy jest tak jak obiecuje producent. Lekka, nietłusta konsystencja, nie obciąża cery, nie zatyka porów. Krem naprawdę jest bardzo lekki, w ogóle nie czuć go na twarzy, nie lepi się, jest przyjemny i bardzo delikatnie pachnie latem ;) Faktycznie nie obciąża mojej cery i co ważne nie zapycha. Jest więc idealny pod makijaż i tak właśnie go stosuję :) 
Bardzo się z nim polubiłam i na pewno będę do niego wracać, bez względu na porę roku.

Krem ma jednak jeden, bardzo istotny minus: nie można go dostać nigdzie wiosną, jesienią i zimą. No po prostu nigdzie. Do kupienia jest tylko latem i tylko jako gratis do kremu ochronnemu do całego ciała. Jest to ogromny minus, bo jako osoba, która stosuje filtry cały rok, jestem bardzo nieszczęśliwa, bo inne kremy dostępne zimą mają fatalny skład i nawet nie chcę ich próbować. Krem trzeba kupować na zapas i to jeszcze z ogromną ilością kremu do opalania, którego nijak nie da się zużyć, bo nie jest taki fajny i nie jest zamiennikiem balsamu do ciała :C

Podsumowując: mimo iż krem na duużą wadę, nie przekreśla ona jego technicznych zalet, więc spokojnie oceniam go 5/5. Nadal jest on moim ulubieńcem i choć nie lubię lata, nie mogę się doczekać, aż będę mogła go kupić z powrotem ;)

Znacie? Lubicie? Polecacie coś innego? Piszcie koniecznie, buziaki! :*



poniedziałek, 9 marca 2015

Podsumowanie akcji u Anwen: miesiąc z Kallosem

Hej kochani :) Miesiąc temu na blogu u * Anwen * pojawiła się akcja: miesiąc masek do włosów. Wzięłam udział, bo kocham maski i była to pierwsza taka akcja, w której dokładam swoje dwa grosze :) Do testów wybrałam maskę Kallos Algae i jeśli chcecie wiedzieć, jakie efekty uzyskałam, zapraszam dalej :)

Najpierw zacznę od samej maski.


Maska zamknięta w typowym dla Kallosa wielkim opakowaniu, w ilości niemożliwej do zużycia ;) Cena w Hebe to około 14 zł, chociaż u mnie w lokalnych drogeriach można je dostać nawet za 10 :)
Wieczko jest trochę niestabilne, ale to również cecha charakterystyczna tej firmy (chyba że to ja zawsze trafiam na takie felerne ;)), musiałam uważać, żeby łapać ją za "słoik", a nie za wieczko, ale to nieznaczny minus. Zapach mnie drażni, kojarzy mi się z pogrzebem, na którym pełno bzów (nie znoszę ich zapachu). Skład całkiem przyjemny:


Dużo emolientów,olejki, ekstrakty, kallosowa moc silikonów... no i alkohol benzylowy, czyli tykająca bomba, która z impetem wpadła do mojej włosowej czary goryczy i mocno ją przelała.

Książki powinnam pisać xD

Kupiłabym jakąś bez tego składnika, ale akurat innej nie było, wszystkie miały alkohol (jeszcze wyżej w składzie), a akcja zaczynała się tego dnia, więc, jak to mówią, wzięłam co dali :D

Jak widać, w masce brak protein, które trzeba było uzupełniać. Mimo to ich brak trochę odbił się na kondycji moich włosów.


Maska ma gęstą, zbitą konsystencję. Jak widać (albo i nie :D), zużyłam w ciągu tego miesiąca całkiem sporo, bo jestem maniakiem Kallosów, nigdy nie umiem ich zużyć w ciągu "przepisowych" 12 miesięcy (bo mam milion innych :D), dlatego nakładam wielokrotność jednej porcji.
Wiem, że grzeszę :C


No to teraz działanie :)

Moje włosy przed rozpoczęciem akcji wyglądały tak:




W sumie nic specjalnego, ale byłam w miarę zadowolona. Odrost razi i nigdy nie przestanę zastanawiać się, skąd pochodzi ten jeden zafarbowany kosmyk, który odrostu nie posiada :D
Włosy trochę się tu strączkują, ale po prostu tak mają, że jeśli ich nie przeciążę, są bardzo napuszone, nie ma nic pomiędzy niestety. :C


Włosy jakby wyglądały lepiej, trochę mniej się puszyły i mogłam dociążyć je w miarę bezpiecznie. Na zdjęciu jednak widać, że końce zaczynają już wołać o pomstę do nieba. W dotyku włosy były miękkie, ale koncówki były straszne, wszędzie znajdowałam białe kulki i generalnie wiedziałam, że jak już złapię moją fryzjerkę to spora część spadnie. Na zdjęciu tego nie zobaczycie, ale maska zrobiła ze mnie 'przychlasta' - objętość spadła, włosy u nasady stały się bardziej oklapnięte, nie chciały się mnie słuchać, kiedy odganiałam je na tył głowy, a włosy na długości pozostały bez zmian, czyli czasem się puszyły, czasem strączkowały, czasem nawet jedno i drugie (moje włosy są inwalidami).

Po zakończeniu akcji poszłam do fryzjerki, która zapytała mnie, ile razy prostowałam włosy od kiedy ostatni raz się widziałyśmy. Zastanowiłam się chwilę, odpowiedziałam że zero i zrobiło mi się bardzo smutno. Miało pójść dwa centymetry, ale niestety musiało pójść więcej.


Zdjęcie w słabym świetle i robione kiepskim sprzętem, odrost pozostał na swoim miejscu (tu go prawie nie widać :D)
Jak widać uciekło mi sporo włosów, widać, że gdzieniegdzie odstają "rozerwane" włoski (zdjęcie bez lampy). Były miękkie i w ogóle, ale niestety, nie wszystkie zepsute końce spadły (zgodnie stwierdziłyśmy, że krócej już nie). Dalej czułam, że są szorstkie, pojawiały się kulki, ale na chwilę obecną opanowałam sytuację.

Po stosowaniu tej maski przez cały miesiąc, moje włosy potrzebowały potężnej dawki protein, dlatego zafundowałam im SPA, w którym nie było bezproteinowego produktu. Zrobiły się ładne, niestety zaczęły się puszyć ;P Taki to już mój los, heheszki :)

Podsumowując, maskę oceniam na 3/5. Drobne punkty za jakieśtam działanie, odejmuję dwa za alkohol i straszny stan moich końców.



Aż mi smutno jak na to patrzę :D

Teraz tylko muszę czekać aż odrosną ;)

Używałyście ostatnio jakichś cieakwych masek? :) Piszcie! A ja wracam do niemieckiego :P

Buziaki :*






sobota, 28 lutego 2015

Soft Glamrock... czy coś :)



Hej kochani! <3 Dawno nie pokazywałam Wam żadnej stylizacji, a to ze względu na brak fotografa "pod ręką" :C Ale dzisiaj jestem, w końcu spotkałam się z przyjaciółką, która zgodziła się trochę popstrykać ;) I oto efekty!
Postawiłam dzisiaj na coś co nazywam soft glamrockiem, w zasadzie nie wiem dlaczego :P Jest to jednak w 100 procentach mój styl, widzę tu trochę grunge'u, trochę rockowego pazura, całość dopełniają wysokie, dość masywne buty i minimalistyczna biżuteria. Do tego duża torba i czuję się jak ryba w wodzie! <3


Przepraszam za mimikę twarzy, ale jakaś niefotogeniczna dzisiaj byłam :D



Aby przełamać klimat wszechobecnej czerni postawiłam na... czerwony stanik! :D
Co myślicie o takim zestawieniu? :)




Makijaż postanowiłam oprzeć na stonowanych brązach i mocnych ustach, których kolor kojarzy mi się ze stylem retro (ale dzisiaj miszmasz :D) albo ze zlotami motocyklistów.

O! To jest dobre porównanie: motorstyle! :D



Koszulka: C&A
Spodnie: NewYorker
Buty: Deichmann
Torba: Sinsay
Zegarek: House

A na paznokciach już nieco obdrapane, bo czterodniowe ombre, na które poświęciłam 7 prób i 13 wacików, aż w końcu się udało! :D



No i to by było na tyle :) Jak Wam się podoba? :)

Zapraszam do komentowania oraz na mojego fanpage'a, do następnego razu! :)







poniedziałek, 23 lutego 2015

Perfecta wygładzające masło do ciała lody melba

Hallo kochani! :) U mnie na uczelni już zaczął się nowy semestr, więc czekają mnie nowe trudności (tym razem zamiast staropolskiej będę się męczyć z oświeceniem :C) Dzisiaj zapraszam Was na recenzję masła do ciała, które prezentowałam Wam w ulubieńcach roku 2014 (KLIK) :) Mowa o maśle do ciała z Perfecty :D


Masło jest dość duże, dostępne w większości drogerii w cenie ok. 14 zł. Jego pojemność to 225ml. Jest nazwane "lody melba", pewnie jest to nazwa zapachu czy coś takiego :) Producent zapewnia, że jest to produkt wygładzający i że:

Zawiera olejek arganowy, który silnie regeneruje skórę oraz nadaje jej jedwabista gładkość. Olejek Monoi de Tahiti łagodzi podrażnienia i czyni ją wyjątkowo miękką i delikatną. Kwas hialuronowy intensywnie nawilża. 



Masło zamknięte jest w okrągłym opakowaniu, chronione jest przez foliową nakładkę, co jest bardzo fajnym rozwiązaniem :)



W środku mamy nasz produkt :) Masło jest dość gęste, ale bardzo delikatne. Ma parafinę w składzie, ale kompletnie tego nie czuć, w sensie, nie robi żadnej krzywdy :)


Po rozsmarowaniu bardzo szybko się wchłania pozostawiając na skórze miękką powłoczkę (to chyba ten efekt wygładzenia). Jego zapach jest cudowny, delikatny i nienachalny :)





Podsumowując, masło jest bardzo fajne i przede wszystkim bardzo wydajne :) Mam je od wakacji i zużycie jest naprawdę niewielkie. Lubię jego zapach, to, że szybko się wchłania, denerwuje mnie jedynie ta powłoczka, dość śliska, satynowa, która długo się utrzymuje. 
Mimo parafiny w składzie masło nie zapycha, osobiście uwielbiam je stosować jako krem na noc i świetnie się sprawdza, rano jestem piękna i wcale nie świecąca (mam problem z wydzielaniem sebum) :)

Generalnie produkt oceniam na 4.5/5 - pół punktu za satynową powłoczkę :) 

Używałyście? Co sądzicie? :)

Na dzisiaj tyle, buziaki! :*

sobota, 13 grudnia 2014

Grudzień w obiektywie: Ukochana Łódź



Witajcie kochani! :) W dzisiejszym poście przeczytacie relację z mojego wyjazdu do najpiękniejszego, najukochańszego,  najwspanialszego i w ogóle naj mieście, w którym nigdy nie wieje, czyli Łodzi <3 Wiem, że dla większości Łódź to szare miasto pełne obdrapanych kamienic i wszechobecnych śmieci, ale dla mnie to zawsze będzie TO. I nie widzę tam żadnych obdartych kamienic. Widzę pewną historię, niezmąconą żadnymi unowocześniającymi remontami. Nie znoszę nowoczesności. Nie znoszę Rzeszowa.
Amen.

Tymczasem w piątek na całe 13 godzin zamieszkałam w Łodzi, odwiedziłam przyjaciół w akademiku (nie spodziewałam się, że w ciągu roku aż tyle może się zmienić), w końcu odetchnęłam przestrzenią (w Rzeszowie strasznie się duszę), spotkałam milion różnych dziwadeł (babcie, której wyskoczyło biodro i chciała, żeby ją odprowadzić do domu, wróżkę, która powiedziała mi, że mam dużo stresu, chłopaka który przekazał mi białą kopertę z cudzymi dokumentami, po całej Łodzi biegali za mną ludzie z Metrem, wobec tego miałam cztery egzemplarze tego samego numeru w plecaku, jeździłam tramwajami w tę i z powrotem (kocham tramwaje! <3), zrobiłam sto tysięcy zdjęć, a potem wróciłam do smutnej rzeszowskiej rzeczywistości i spotkałam miłego pana taksówkarza, który o 4 rano zapytał mnie, czy wracam z pracy :D

Nie przedłużam już, gdybym chciała opisać cały piątkowy dzień, powstałaby całkiem gruba książka. Odbiłam sobie cały rok domowo-rzeszowskiej rutyny. :)

Zapraszam!



Najpierw przespacerowałam się wszechobecną Piotrkowską, kierując się w stronę Placu Wolności. Aż mi się ciepło robi na myśl, że rok temu o tej porze miałam problem z jego znalezieniem. :)
No i świecące reniferki! O 7 rano niestety się nie świeciły, ale i tak były sugoi! <3




Dzień dobry panom, co panowie tak przed Hebe sterczą z samego rana, będą coś rozdawać? :D


A tu sympatyczne piotrkowskie gołąbki <3 Przylgnęły do mnie, bo myślały, że mam jeść. Ale nic im nie dałam, bo nic nie miałam, sama zeżarłam w autobusie :D



A tu już bliżej Placu Wolności i choinki, która zaświeciła się o 17, a ja oczywiście tkwiłam wtedy w korku ;D

Bo każdy rozsądny podróżnik jest w raju, gdy utknie w kilometrze tramwajów! <3


Bomba choinowa! 



No i Plac Wolności, na którym jak na złość wyszło tylko jedno zdjęcie, bo światło wokół bardzo się zbuntowało. :C


Wygląda to jakby było robione pod koniec sierpnia o 20, jak już słońce zaczyna zachodzić :D


Kiedy już wydostałam się z Placu Wolności i uciekłam złośliwej cygance, znalazłam się na tyłach Manufaktury i postanowiłam ten widok zachować na dłużej :)



W drodze od Niciarnianej do Przędzalnianej w poszukiwaniu tkanin, dzianin, etc (oczywiście nie znalazłam, bo jestem blondynką :D) spotkałam urocze kaczorki, które siedziały w wodzie, a jak mnie zobaczyły, całą watahą naparły na mnie małymi nóżkami w nadziei na jedzonko ^^

Po spotkaniu z kaczorkami (dalej mi się chce śmiać na wspomnienie tego marszu w moją stronę xD) w końcu otworzyli Manufakturę i mogłam zagrzać stopy, których już wówczas nie czułam zupełnie :D





Oczywiście nie zabrakło Piernikowej Chatki...




...ani choinki na rynku! <3


W Manufakturce spędziłam kilka dobrych godzin, najadłam się za pięciu i tak bardzo poczułam własne zmęczenie, że olałam przecenę Yankee Candle i ruszyłam w stronę starych śmieci, czyli mojego akademika!


W międzyczasie jeszcze ruszyłam w miasto i porobiłam wieczorno-nocne zdjęcia :)



No i przystrojona Łódzka jako uwieńczenie zakupów (tam wstąpiłam do Yves Rocher ^^)




Kocham tramwaje! <3







You Shall Not Pass! :D I tramwaj! xD

Na koniec zdjęcie z Tsuzuki <3 która przygarnęła mnie do pokoju na kilka godzin, odprowadziła na przystanek i dzielnie zniosła moje towarzystwo! <3



I to by było na tyle, dość długi post się zrobił, ale miałam problem z wybraniem tylko kilku zdjęć, Łódź jest zbyt piękna! ;)

Łodzi, szykuj się, przybywam zaraz po licencjacie, szykuj mieszkanko! <3

Trzymajcie się robaczki! :*





piątek, 28 listopada 2014

III tydzień projektu makijażowego u ZwK + recenzja pudru bambusowego



Witajcie słonka! :) Trwa kolejny tydzień makijażowych zmagań u Zakochanej w Kolorkach :) Tematem bieżącego tygodnia jest formułka "na zawsze i na wieczność", czyli makijaż ślubny. :) Długo zastanawiałam się, jak mogłabym w ciekawy sposób zinterpretować ten temat, żeby nie było zbyt banalnie, ale kończyło się to kolorowymi pandami, które ze ślubem nie mają nic wspólnego :D W końcu postawiłam na delikatny naturalny brąz przełamany fioletową kreską na dolnej powiece, żeby podbić kolor tęczówki, ale wyszedł bardziej niebieski, więc niczego nie podbił :D Zapraszam! :)



piątek, 31 października 2014

Recykling, czyli sukienka z prześcieradła + Liebster Blog Awards


Hej kochani! W końcu mamy weekend i literatura staropolska stała się odległą przeszłością (aż do środy :D). Dzisiaj przychodzę do Was z moim "wielkim projektem", o którym pisałam od dobrego miesiąca, czyli moja pierwsza próba uszycia czegoś całkowicie od podstaw na maszynie. :)
Pomysł ten zrodził się we mnie już dawno temu, jednak nie miałam materiałów, a nie chciałam kupować nowego, jeśli nie wiedziałam, czy dam sobie radę. Dłuuugo szukałam czegoś odpowiednio dużego i w końcu nadarzyła się okazja - znalazłam stare, gdzieniegdzie rozdarte, ale wystarczająco duże prześcieradło na strychu! :) Pomysł ten miał także drugie dno. Od zawsze było tak, że cokolwiek mówiłam o swoich planach i zamiarach słyszałam "to nie dla Ciebie, nie dasz sobie rady, nie umiesz tego robić". Jednym słowem wiecznie podcinano mi skrzydła. To, co zrobiłam miało udowodnić otoczeniu, że jeśli się chce, naprawdę można coś zrobić. Jestem wzrokowcem i bardzo szybko się uczę. Nigdy nie chodziłam na  żadne kursy ani lekcje, sama nauczyłam się rysować i śpiewać (oczywiście nie do perfekcji, nie jestem cyborgiem, ale na poziomie zadowalającym, tak myślę), sama uczę się grać na instrumentach klawiszowych, układać pasjanse i mówić po koreańsku, więc dlaczego miałabym nie umieć sobie czegoś uszyć?
Cierpię na przerost ambicji.
Wiem, że to brzmi narcystycznie jak cholera, ale to nie o to chodzi. Nie twierdzę, że robię wszystko perfekcyjnie, bo nawet nie wiem, czy robię to dobrze, ale zdarza się, że bywam z siebie dumna, zwłaszcza, jeśli ktoś "po fakcie" mnie chwali.
Ten projekt był przede wszystkim dla mnie. Chciałam udowodnić sama sobie, że potrafię, dlatego nazwałam go "wielkim". No, ale do rzeczy :)
Kiedy znalazłam kawał prześcieradła stwierdziłam, że będzie z niego świetna sukienka. I powstały wykroje.



Po wstępnym sfastrygowaniu wrzuciłam materiał na całą noc do wybielacza, bo miał kilka plam po zielonej farbie (widocznie prześcieradło służyło mi wcześniej jako osłonka na podłogę podczas malowania pokoju :D). Nie wiedzieć dlaczego, wybielacz nie usunął śladów po pastelach, którymi rysowałam wykroje (tak, tak, niemądra ja, ale co poradzę, że kredy ani mydła nie było widać, a nic innego nie przyszło mi do głowy :D)


Kiedy całość wyschła przystąpiłam do dzieła. A raczej chciałam przystąpić, ale maszyna się zbuntowała i musiałam odnieść ją do naprawy (dlatego pisałam, że projekt się opóźni). 
Poszyłam, poprawiłam, pocięłam, pomierzyłam i po całym dniu ślęczenia nad maszyną wyszła mi spod jej igły biała sukienka :)

I tak oto wygląda efekt końcowy!

Zdjęcie robione tosterem :C



Miałam drobne problemy z biustem, bo tak wzięłam z siebie wymiar, że się nie zmieścił (mimo że go prawie nie ma :D), więc musiałam ją trochę zmodyfikować, przez co zgubiła kształt, jaki planowałam uzyskać. Mimo to wydaje mi się, że całkiem nieźle mi wyszła :)




Jako, że sukienka w efekcie końcowym nie wygląda najlepiej na wysokości biustu, postanowiłam zatuszować ten drobny mankament skórzaną kurtką, dzięki czemu stworzył się glam rockowy look, z którego jestem całkiem zadowolona :)






Gdyby nie to, że sukienka baaaardzo szybko się gniecie (prasowałam ją do tych zdjęć dwa razy :D) ma zszytą dziurę z przodu (dość sporą), wszędzie są jakieś odstające nitki i kawałki materiału nieznanego pochodzenia, no i to, że jest z prześcieradła (co tłumaczy wszystkie poprzednie problemy xD), pewnie bym w niej chodziła :) Ale przynajmniej udowodniłam sobie, że potrafię, zwłaszcza, że nigdy wcześniej nie dotykałam nawet maszyny nie mówiąc już o używaniu :)

Jak zawsze zapraszam na mojego fan page'a ( KLIK ), motywuje mnie każdy kolejny lajk! :)



Dodatkowo zostałam nominowana do Liebster Blog Awards przez blog hellokejt.blogspot.com. Dziękuję bardzo, a to moje odpowiedzi :)

1. Ulubiona polska blogerka
To pytanie jest tak trudne, że myślałam nad nim dłużej, niż nad wszystkimi innymi razem wziętymi :D Jest wiele blogerek które uwielbiam, jest to na pewno Anwen, Azjatycki Cukier... Lubiłam blog Honoraty Skarbek, zanim jeszcze zmienił się w relacje z koncertów i zapowiedzi nowych płyt. Oprócz tego muszę wyróżnić jeszcze Gabriela z gabriel-data.blogspot.com, rzadko się zdarza płeć męska w blogosferze! :)

2. Ulubiony projektant
A może być projektantka? :D Bezapelacyjne Anna Sui i Luis Antonio! :) Jest jeszcze wieelu projektantów, których uwielbiam (wspominałam o nich TUTAJ) ale to moi zdecydowani faworyci :)

3. Ulubiona wokalistka
Sylwia Banasik! Nie wiem, czy można ją nazwać wokalistką, bo na MTV raczej jej nie znajdziemy, ale nie ma na świecie nikogo, kto wywarłby na mnie takie wrażenie po prostu wydobywając z siebie dźwięki! :)
Możecie jej posłuchać TUTAJ i TUTAJ), polecam, genialna kobieta! <3

4. Czy lubisz rodzinę Kardashian?
Nope, nope, nope. Nie lubię ludzi, którzy są znani z tego, że są znani, zresztą Kardashianowie nie przekonują mnie sobą nawet w jednym procencie. Dziwne pytanie, swoją drogą :D

5. Ikona mody według Ciebie
Hm, nie wiem, co rozumieć pod tym pojęciem, ale jeśli chodzi o najlepiej ubraną, prezentującą się osobę, którą podziwiam i która mnie inspiruje to bezapelacyjnie będzie to Blake Lively. Uwielbiam każdy detal jej stylizacji!

6. Ulubiony serial
No Plotkara, no bo jakże inaczej! :) Linczujcie mnie i nazywajcie pustą blondynką w komentarzach, ale to właśnie jest najlepszy serial jaki powstał, nie żadne Watahy ani Jak poznałem waszą matkę. :)

7. Najlepsza dieta to...
Brak diety! :D Jedzenie wszystkiego co istnieje! :D

8. Czego nigdy byś nie zrobiła?
Wiele jest takich rzeczy. Na pewno nie skoczyłabym na bungee, bo nie umiem nawet wejść an drabinę, żeby się nie poryczeć :D

9. Co Cię inspiruje?
Wszystko jest w stanie mnie zainspirować, nawet profesor od filozofii, co nawet zrobił kilka dni temu :D Szukam inspiracji w banałach :)

10. Czy masz jakiś mroczny sekret?
"Mroczny" to trochę książkowe określenie, ale sekrety pewnie jakieś mam :)

11. Co musi mieć blog, byś go zaobserwowała?
Co najmniej kilka postów, które mnie jakoś zainteresują swoją treścią :)

No i przebrnęliśmy! :) Teraz moje pytania:

1. Skąd pomysł na bloga?
2. Preferujesz wpisy, w których dominuje treść czy zdjęcia?
3. Masz możliwość zamieszkania w dowolnym mieście na świecie, jakie to?
4. W jakich sklepach najczęściej się ubierasz?
5. Jaka tematyka postów interesuje Cię najbardziej?
6. Twój najdroższy ciuch/dodatek/buty to?
7. Ulubiony vloger/vlogerka?
8. W wolnym czasie wolisz wyjść z przyjaciółmi czy zostać w domu i zająć się zaległymi sprawami (na przykład postem na bloga :D)
9. Masz więcej pomysłów na swój wygląd (np. stylizacje) wiosną/latem czy jesienią/zimą?
10. Brutalna prawda czy białe kłamstwo?
11. Jak często monitorujesz swojego bloga?

No i nominacje, otóż nominuję blogi:


No i to by było na tyle :) :) :) Długi post się zrobił :D

A Wy co myślicie o moim "wielkim projekcie"? Podoba Wam się, czy może jednak uważacie, że nie wyszło najlepiej (albo wcale nie wyszło :D)? 
Czy robicie jakiekolwiek DIY? Piszcie! :)

Do napisania! :*