sobota, 28 lutego 2015

Soft Glamrock... czy coś :)



Hej kochani! <3 Dawno nie pokazywałam Wam żadnej stylizacji, a to ze względu na brak fotografa "pod ręką" :C Ale dzisiaj jestem, w końcu spotkałam się z przyjaciółką, która zgodziła się trochę popstrykać ;) I oto efekty!
Postawiłam dzisiaj na coś co nazywam soft glamrockiem, w zasadzie nie wiem dlaczego :P Jest to jednak w 100 procentach mój styl, widzę tu trochę grunge'u, trochę rockowego pazura, całość dopełniają wysokie, dość masywne buty i minimalistyczna biżuteria. Do tego duża torba i czuję się jak ryba w wodzie! <3


Przepraszam za mimikę twarzy, ale jakaś niefotogeniczna dzisiaj byłam :D



Aby przełamać klimat wszechobecnej czerni postawiłam na... czerwony stanik! :D
Co myślicie o takim zestawieniu? :)




Makijaż postanowiłam oprzeć na stonowanych brązach i mocnych ustach, których kolor kojarzy mi się ze stylem retro (ale dzisiaj miszmasz :D) albo ze zlotami motocyklistów.

O! To jest dobre porównanie: motorstyle! :D


Pulpet :D


Koszulka: C&A
Spodnie: NewYorker
Buty: Deichmann
Torba: Sinsay
Zegarek: House

A na paznokciach już nieco obdrapane, bo czterodniowe ombre, na które poświęciłam 7 prób i 13 wacików, aż w końcu się udało! :D



No i to by było na tyle :) Jak Wam się podoba? :)

Zapraszam do komentowania oraz na mojego fanpage'a, do następnego razu! :)







poniedziałek, 23 lutego 2015

Perfecta wygładzające masło do ciała lody melba

Hallo kochani! :) U mnie na uczelni już zaczął się nowy semestr, więc czekają mnie nowe trudności (tym razem zamiast staropolskiej będę się męczyć z oświeceniem :C) Dzisiaj zapraszam Was na recenzję masła do ciała, które prezentowałam Wam w ulubieńcach roku 2014 (KLIK) :) Mowa o maśle do ciała z Perfecty :D


Masło jest dość duże, dostępne w większości drogerii w cenie ok. 14 zł. Jego pojemność to 225ml. Jest nazwane "lody melba", pewnie jest to nazwa zapachu czy coś takiego :) Producent zapewnia, że jest to produkt wygładzający i że:

Zawiera olejek arganowy, który silnie regeneruje skórę oraz nadaje jej jedwabista gładkość. Olejek Monoi de Tahiti łagodzi podrażnienia i czyni ją wyjątkowo miękką i delikatną. Kwas hialuronowy intensywnie nawilża. 



Masło zamknięte jest w okrągłym opakowaniu, chronione jest przez foliową nakładkę, co jest bardzo fajnym rozwiązaniem :)



W środku mamy nasz produkt :) Masło jest dość gęste, ale bardzo delikatne. Ma parafinę w składzie, ale kompletnie tego nie czuć, w sensie, nie robi żadnej krzywdy :)


Po rozsmarowaniu bardzo szybko się wchłania pozostawiając na skórze miękką powłoczkę (to chyba ten efekt wygładzenia). Jego zapach jest cudowny, delikatny i nienachalny :)





Podsumowując, masło jest bardzo fajne i przede wszystkim bardzo wydajne :) Mam je od wakacji i zużycie jest naprawdę niewielkie. Lubię jego zapach, to, że szybko się wchłania, denerwuje mnie jedynie ta powłoczka, dość śliska, satynowa, która długo się utrzymuje. 
Mimo parafiny w składzie masło nie zapycha, osobiście uwielbiam je stosować jako krem na noc i świetnie się sprawdza, rano jestem piękna i wcale nie świecąca (mam problem z wydzielaniem sebum) :)

Generalnie produkt oceniam na 4.5/5 - pół punktu za satynową powłoczkę :) 

Używałyście? Co sądzicie? :)

Na dzisiaj tyle, buziaki! :*

sobota, 14 lutego 2015

Pisiont groszy Greja, czyli jak straciłam 20 zł

Hej kochani :) Ale ja ostatnio jeżdżę po tych książkach i filmach! Może po prostu źle trafiam, ale w sumie nie żałuję niczego ;)

Ale najpierw ważna sprawa. Jest mi przykro, jeśli piszę posta, w którym mieszam książkę z błotem, a zdecydowana większość komentarzy brzmiała "fajnie się zapowiada", "muszę przeczytać koniecznie", bo to wskazuje niestety na brak przeczytania posta. Nikt Wam nie każe czytać moich postów, nikt nie każe ich komentować, jeśli Was to nie kręci, idźcie dalej, jest na pewno dużo ciekawszych blogów z samymi zdjęciami, pod którymi wystarczy napisać "ślicznie". Oczywiście możecie mieć własne zdanie, ale wystarczy napisać "według mnie..." i tyle, wtedy wiem, że cośtam przeczytaliście :)

Wczoraj wybrałam się z przyjaciółką do Rzeszowa na włajaż po sklepach (mogliście o tym przeczytać na facebooku) oraz do kina :) Widziałyśmy film "50 twarzy Greya" i powiem szczerze, że ostatni raz tak źle się czułam w kinie na filmie "Bella i Sebastian", który jednym słowem był o niczym. Grey nie jest o niczym, ale koniec końców nie podobał mi się. Książki nie czytałam, ale nie żałuję tego.


Zacznijmy od początku. Film zaczyna się jak każda komedia romantyczna - skromna dziewczyna przychodzi przeprowadzić wywiad z przystojnym miliarderem. No właśnie. Anastasia nie jest skromna, ale zupełnie nijaka i niewidoczna, a Christian wygląda jak Hobbit. Serio. Sam aktor, kiedy pokazuje się z brodą jest spoko, ale w filmie jest to Hobbit Pedofil. On nie patrzy na Anę z pożądaniem, w ogóle. Ona na niego też nie. Przyjaciółka stwierdziła, że patrzą na siebie, jakby mieli coś na twarzach. Zero uczuć, zero emocji. Przykro mi, dobór aktorów fatalny. Gra aktorska fatalna. Oni fatalni. Chociaż Dakota Johnson wypadła o niebo lepiej on Pana Hobbita.

Chyba po prostu książkowy Grey postawił poprzeczkę bardzo wysoko, inaczej widziałam jego postać.

Aż szkoda, że nie mam porównania z książką.

Jeśli chodzi o to, czym wszystkie czternastolatki najbardziej się jarały, czyli sceny erotyczne... nope, nope, nope. Ja wiem, że ten film jest właśnie o tym i nie dało się tego pominąć, ale... latanie samolotem w przerwach między seksem, a seksem? Serio? 

Krytycy twierdzą, że film jest o wiele bardziej subtelny niż książka. Serio? To było subtelne? W takim razie nie chcę chyba jednak widzieć książki.

Poza tym film był znośny i patrząc na zwiastun nawet mi się podoba. Gdyby wyciąć z niego wszystkie sceny erotyczne albo poprowadzić je jakoś inaczej, byłby dość dobry melodramat.

Tak, ja wiem, że się nie da. To Grey, tak.

Sceny seksu - agresywne, brutalne, wulgarne i gdyby Dakota tak dobrze nie udawała rozkoszy, chyba bym się popłakała z bólu. Jeśli mam być zupełnie szczera, przez cały seans bolała mnie dupa. I włosy. W ogóle, moje ciało było jednym bólem. Takie atrakcje chyba nie są dla mnie.

Film kończy się w beznadziejny sposób, ale też w taki, że mam ochotę dowiedzieć się co dalej i, wiedząc, że w kolejnych częściach tego szowinistycznego seksu jest mniej, może nawet je obejrzę. 

Jeśli chodzi o moje ogólne odczucia, czułam się dobrze tylko na scenie w windzie - była dość klasyczna, stanowcza, ale nie brutalna i nawet dość zabawna. Przez resztę czasu czułam po prostu niepokój. I czuję go za każdym razem, jak myślę o tym filmie. Gdybym spotkała na swojej drodze kogoś takiego, jak Grey, kogoś, kto traktuje kobietę jak przedmiot, związek jako kontrakt, a jedyną przyjemność sprawia mu zawieszenie kobiety pod sufitem i okładanie pasem, kto dodatkowo wygląda jak Elijah Wood w garniaku,  uciekłabym z prędkością światła.


Światła.

Najlepsze w całym filmie były soundtracki. Każdy z nich jest genialny, uwielbiam nową wersję Crazy in love, uwielbiam nawet Ellie Goulding, choć dalej uważam, że jest brzydka :D

Sountracki zasługują na specjalne wyróżnienie. 

Raczej tego filmu nie obejrzę ponownie, chyba że będę go przewijać, bo tak jak wspomniałam, gdyby wyjąć z niego ten redtubowy seks (za który trzeba płacić i taka jest różnica), byłaby to nawet dość zabawna komedia romantyczna.

Na pocieszenie kupiłam sobie korektor pod oczy z Golden Rose (żeby zakryć moje przerażenie) i kredkę z Rimmela Lasting Finish Colour Rush w kolorze intensywnej czerwieni :)

Generalnie film oceniam na 2/5.  2 za soundtracki. 

No i tyle :) Wiem, że jest tego dużo, ale filmu, w dodatku tak złego filmu nie da się opisać dwoma słowami. 

Widzieliście? Co sądzicie? :)

Buziaki! :)




wtorek, 10 lutego 2015

Haul poegzaminowy!


Witajcie robaczki! :) Jak już wspominałam na FanPage'u, niedawno popełniłam zakupy w nagrodę za pomyślne przebrnięcie przez sesję. W związku z tym dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moimi nowościami. Zapraszam! :)

Najpierw trafiłam do Terranovy i tam kupiłam kwiatowe spodnie i koszulkę (do kompletu :P)




Dalej skręciłam w stronę Carry, gdzie moją uwagę przykuły mięciutkie kapcie w zeberkę! <3


Są cudowne, w środku mają baranka i są najcieplejsze na świecie!

Na spodnie z New Yorkera polowałam od początku sesji, ale postanowiłam kupić je w nagrodę za zdane egzaminy. No i są! :)


Materiał ma imitować coś skóropodobnego, spodnie świetnie przylegają do nóg, czuję się w nich jak milion dolarów! :)

No i wisienka na torciku! <3 Od mamy w ramach prezentu dostałam torbę z Sinsay, którą uwielbiam od kiedy się pojawiła!


Jest to ogólnie torba na laptopa, ale mój lapciak jest od niej dwa razy większy, więc sobie daruję, a kieszeń na komputer wykorzystam do noszenia zeszytów i materiałów na uczelnię :) 

W środku wygląda tak:


Dziękuję, mamciu! :*


Na koniec w lokalnym sklepie kupiłam tenisówki, które mogą całkiem nieźle komponować się z kwiatowymi spodniami ;), a przy okazji bycia w NYer, dokupiłam też okulary przeciwsłoneczne (w czasie, kiedy ja się zastanawiałam, przymierzyło je jakieś 5 osób i nie mogłam pozwolić, żeby zamieszkały w innym domu!)


No i to by było na tyle :) W międzyczasie dokupiłam jeszcze kilka kosmetycznych drobiazgów, ale nie widzę potrzeby publikowania ich tutaj. Jedyną fajną nowością jest czarny cień Color Tattoo, niestety zapomniałam zrobić zdjęć :C




Na dzisiaj wystarczy, trzymajcie się ciepło, robaki! :*

Co dobrego ostatnio sobie kupiliście? :)






piątek, 6 lutego 2015

Opowieść o dupce wołowej i jego wołowej koleżance

Witajcie kochani! Długo mnie nie było ze względu na egzaminy, ale na szczęście już jestem po sesji, indeks wypełniony po brzegi i mogę wrócić do tego co sprawia mi frajdę! I przede wszystkim mogę się wyspać! :D

Dzisiaj post niekosmetyczny i niemodowy, takie pojawiać się zaczną niedługo :) A dzisiaj recenzja książki, którą wszyscy chwalą i która nijak nie przypadła mi do gustu. Jestem generalnie osobą przekorną i zazwyczaj podoba mi się to, co innym nie i na odwrót, dlatego tak ciężko znaleźć mi bratnią duszę pod względem zainteresowań ;)

Mowa o Poradniku pozytywnego myślenia.


Książka zachęca opisem, acz odrzuca okładką, przynajmniej tą filmową. Powiem więcej za chwilę, kiedy opiszę film :)

"Ztyłuksiążka" mówi nam:

Poznajcie Pata. Pat ma pewną teorię – jego życie to film, który zakończy się happy endem, czyli powrotem jego byłej żony. Pat musi tylko spełnić kilka warunków: robić codziennie setki brzuszków, czytać więcej książek, biegać ubrany w worek na śmieci, żeby zgubić ostatnie zbędne kilogramy, ćwiczyć bycie miłym i dwa razy dziennie łykać kolorowe pastylki. (Fakt, że Pat spędził kilka lat w zakładzie dla psychicznie chorych nie jest chyba wielkim zaskoczeniem). Niestety nic nie układa się tak, jak powinno. Nikt nie chce rozmawiać z nim o Nikki, jego ukochane Orły przegrywają kolejne mecze, a ojciec twierdzi, że Pat przyniósł pecha drużynie. Na domiar złego za Patem łazi piękna, choć równie stuknięta jak on Tiffany, prześladuje go Kenny G, a nowy terapeuta sugeruje zdradę jako formę terapii! Pat nie przestaje jednak myśleć pozytywnie. Czy to wystarczy, by osiągnął swój cel?

Na podstawie powieści powstał scenariusz do filmu pod tym samym tytułem. Główne role zagrali Bradley Cooper (Pat) oraz Jennifer Lawrence (Tiffany). Partnerują im Robert De Niro (ojciec Pata) i Jacki Weaver (matka głównego bohatera). Wszyscy otrzymali za te role nominacje do Oscara, a sam film zebrał ich aż 8. Jennifer Lawrence została uhonorowana Złotym Globem i Oscarem.

Praktyka wygląda tak, że teoria Pata o życiu jako filmie pojawia się kilka razy i jest tak mało istotna, że aż niewarta "ztyłuksiążki". Nie jestem w stanie chyba powiedzieć o tej książce nic pozytywnego. Bohater twierdzi, że myśli pozytywnie, a to doprowadza go do coraz większej zguby.
No i pojawia się Tiffany, która według "ztyłuksiążki" łazi za Patem, a prawda jest nieco inna, bo oni są wiecznie popychani w swoją stronę, co denerwuje mnie jeszcze bardziej. 

Pat jest dupą wołową. Nie potrafi poradzić sobie z otaczającą go rzeczywistością, co drugą stronę płacze (na pozostałych płacze Tiffany), ojciec go nienawidzi, a wszyscy udają, że nigdy w psychiatryku nie był. Rozumiem dramat choroby psychicznej, ale to nie temat dla mnie. 

Gdybym miała nakreślić fabułę książki, brzmiałaby tak: mecz-Tiffany-mecz-ojciec-terapia-mecz-terapia-mecz-Tiffany-ojciec-Tiffany-mecz-terapia.
Dramat...

Fakt, że Tiffany jest jeszcze bardziej nienormalna niż Pat przelewa czarę goryczy i już sama nie wiem, kogo bardziej nie lubię. Zachowuje się jak typowa kobieta, która sama nie wie, czego chce (prześpij się ze mną... nie chcę, żebyś mnie przeleciał), grozi nieodzywaniem, jeśli Pat pójdzie na mecz, no dramat.

Dodatkowy wątek Nikki, byłej żony Pata, w którym sama do końca nie wiem, o co chodzi, bo jest poplątany jak Moda na sukces

Zakończenie nie powala, jest przewidywalne, aczkolwiek idiotycznie rozegrane. 


Postanowiłam na pocieszenie obejrzeć film w nadziei, że będzie lepszy (w końcu miał nominacje do oskara...) i byłam zła jeszcze bardziej, niż kiedy czytałam...
Zmienione nazwiska, zmienione fakty, które nie mają kompletnie żadnego wytłumaczenia.  Dodatkowo z jednej strony wyskakuje mi Jennifer Lawrence, która wg mnie jest po prostu brzydka i Bradley Cooper, który zepsuł sobie moją opinię filmem Kac Vegas, za którym nie przepadam, bo oczywiście wszyscy go lubią (klasyg :D). 

Co mogę powiedzieć w ramach podsumowania? Jedno wielkie NOPE. Jest tylko jedna książka, która była o wiele gorsza od Poradnika, jest to Dzika droga, która niestety doczekała się też ekranizacji (nie idźcie na to do kina, szkoda kasy, serio.) Nawet nie ma sensu opisywać ani recenzować, po prostu kilkaset stron opisywania odcisków, pękających pęcherzy, odchodzących paznokci, zdartej do mięsa skóry i przygodnego seksu. Ot, cała fabuła. Ale dzisiaj nie o tym. Jeśli chodzi o poradnik, jeśli komuś się spodobał to oczywiście nic do tego nie mam, mi osobiście wybitnie nie przypadł do gustu.

A Wy co myślicie o tej książce? :)

Pozdrawiam Was serdecznie, widzimy się niebawem! :)



Przeczytaj zanim skomentujesz!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz i zawsze odwiedzam blogi komentujących :) Jednak jeśli obejrzysz zdjęcia i napiszesz "super post/recenzja/migawka/ulubieńcy/denko/cotamchcesz", lepiej sobie daruj. Dla mnie liczy się jakość komentarzy, a nie ich ilość. Nie piszę tych postów dla siebie ;) Jeśli uważasz, że za dużo tu czytania, przynajmniej wyłap esencję. Puste komentarze są bardzo przykre ;)