czwartek, 14 grudnia 2017

NOWY ROK, NOWA JA


Co prawda rok jeszcze się nie skończył, ale po wszystkich życiowych zawirowaniach, przeprowadzkach, adaptacji do nowej sytuacji, w końcu podjęłam decyzję o reaktywacji mojej blogowej twórczości. Zarówno tu, jak i na drugim blogu, który porzuciłam w mniejszym stopniu, ale jednak. Blogowanie sprawia mi radość i w ciągu tych kilku miesięcy impasu zatęskniłam za regularnym pisaniem. 

Postaram się, aby było mnie jeszcze więcej i jeszcze lepiej, niż do tej pory, ale wiecie - nic nie obiecuję. Jak zawsze.

Życzę sobie mimo wszystko systematyczności, bo - jak pewnie doskonale wiecie - sprawia mi to trudność, nie tylko w sferze blogowania. Mam teraz jednak trochę więcej energii do działania i lepszą motywację, dlatego postaram się, aby było jak najlepiej! Zapraszam też na moją stronę na FB, gdzie -mam nadzieję - będzie się działo więcej i więcej. Zaglądajcie też na mojego drugiego bloga, gdzie będę serwować Wam dawkę specyficznego humoru, hybrydę felietonu i prywatnych dywagacji, a także zestawienia rzeczy wartych uwagi. Tylko wiecie - tam nie ma zbyt wielu kolorowych obrazków, trzeba raczej coś poczytać.

Dobrego wieczoru i do rychłego zobaczenia!

poniedziałek, 3 lipca 2017

OCHRONA UV 2017


Cześć Prosiaczki! Choć pogoda za oknem nie zachęca do szalonego plażowania, o ochronę przeciwsłoneczną warto dbać w okresie letnim szczególnie. Wtedy, kiedy słońce jest bliżej Ziemi, do naszych ciał dociera więcej szkodliwych promieni UVA i UVB. Ale to już na pewno wiecie. Zapraszam dzisiaj na przegląd moich tegorocznych pomocników!


DERMEDIC NA CO DZIEŃ I NA KRYZYS


Kiedy zaczyna się robić ciepło, ale jeszcze nie gorąco, używam SPF 30. Odkrywamy ciało, ale jeszcze nie aż tak, aby używać "pięćdziesiątek". Do codziennej pielęgnacji używam w tym roku zestawu Dermedic Sunbrella. Pierwszy z nich ma wspomniany filtr, drugi to ratunek po przedawkowaniu słońca, tzw. chłodzące SOS. Póki co jeszcze go nie używałam, bo rzadko się przypalam :D



NA INTENSYWNY SMAŻING

Nie wyobrażam sobie leżenia na pełnym słońcu bez użycia filtra SPF 50. Dawniej używałam Bielenda Bikini, które teraz zmieniło opakowanie, ale formuła została chyba taka sama. Bardzo go lubię i używam także tego lata :) Nowością jest u mnie suchy olejek z Pharmaceris. Kupiłam go na ślepo, bo nie było o nim żadnej opinii i póki co sprawdza mi się świetnie! Nie wchłania się całkowicie, dlatego nie nada się pod ubrania, tylko na klasyczny leżing. :)



TWARZ TEŻ SIĘ LICZY!

Skóra na twarzy jest cieńsza i delikatniejsza niż ta na reszcie ciała. Dlatego trzeba o nią szczególnie dbać. Przez cały rok! U mnie wiosną i jesienią podstawą jest SPF 30 od Bielenda Bikini, natomiast do plażingu w tym roku kupiłam sobie SPF 50 od La Roch Posay, z kolorem. Wolałam "czysty", ale nie mogłam znaleźć. Kolor jest dla mnie za jasny, ale szybko się wtapia, a sam krem daje naturalny blask :)


I to by było na tyle. Jak u Was z ochroną UV? Macie jakieś nowości albo starych ulubieńców? :)




niedziela, 11 czerwca 2017

PIANKI POD PRYSZNIC - HIT CZY KIT?


Helou! Witam Was serdecznie w ten niedzielny wieczór. Sporo mnie tu nie było, na szczęście prawie zakończył się jeden z najbardziej zabieganych okresów mojego życia, praca licencjacka oprawiona i podpisana, egzaminy zdane, teraz można już tylko odpoczywać. I klepać nowe posty!
Dzisiaj zapraszam Was na przegląd nowinki ostatnich lat, czyli pianek pod prysznic. Zapraszam!


Kiedy pierwszy raz się z nimi spotkałam, nie były jeszcze dostępne na rynku polskim. Szczerze mówiąc, po takim czasie nadal nie spróbowałam tych dostępnych na naszych drogeryjnych półkach. Trudno mi więc ocenić, czym się różnią. Niemniej jednak, mam Wam trochę do powiedzenia na temat pianek dostępnych na Zachodzie :)


Od razu warto zaznaczyć, że niemieckie pianki mają jedną wspaniałą zaletę - wszystkie obłędnie pachną! Mam wśród tej trójki swojego ulubieńca, zgadniecie, którego? :)

Pierwsza z nich jest z Lidlowej marki Cien, jednak niedostępna w Polsce. Nazywa się Sparkling Summer i faktycznie pachnie jak wakacje - jest to bardzo świeży, letni, orzeźwiający zapach, lekko słodki.
Druga, Tasty Donut to mój faworyt. Stworzona przez jedną z moich ulubionych niemieckich vlogerek, Bibis. Jej pianki są bezpieczne, wegańskie i pachną niesamowicie! Zapach jest absolutnie adekwatny do opakowania - nie umiem tego wyjaśnić, ale pachnie dokładnie tak jak wygląda!

Trzecia pianka jest z Pure & Basic, zapach to mięta i cytryna. Ta wersja jest bardzo orzeźwiająca, cytrusowa, chłodna, ale chyba wolę słodsze, bardziej owocowe zapachy. Niemniej jednak ta pianka również mi się podoba.


Co myślę o idei pianek? Bardzo fajny gadżet. Dozowniki są bardzo wygodne i praktyczne. Pianki są doskonałe na wyjazdy albo do szybkiego, krótkiego prysznica. Są natomiast niesamowicie niewydajne. Taka ilość wystarcza mi na dosłownie kilka myć. Od czasu do czasu oczywiście warto zafundować sobie takie delikatne SPA i otulić się przyjemną pianką (bo uczucie jest ekstra!), jednak nie wyobrażam sobie używać ich regularnie. Ich cena to około 3-4 euro (pianka od Bibis kosztuje 3.95, nie wiem, jak inne), więc około 12 zł. Wydaje mi się, że w Polsce ceny tych pianek są podobne. 

Pianki polecam, jeśli chcecie spróbować czegoś nowego i raz na jakiś czas zaproponować swojej skórze inną formę oczyszczania. Jako żel pod prysznic stosowany raz po raz raczej się nie sprawdzi.



Znacie pianki pod prysznic? Używacie ich czasem czy regularnie?


P.S. Mieszkam w Polsce. Po prostu nie chce mi się sprawdzać dostępności i cen, po tym zabieganym czasie jestem leniwą bułką :D





czwartek, 25 maja 2017

MAYBELLINE COLOR TATTOO - HIT CZY KIT?


Od kiedy w drogeriach pojawiła się propozycja cienia, który może być jednocześnie bazą, świat oszalał. O Maybelline Color Tattoo mówili wszyscy, na każdym blogu czy kanale można było znaleźć recenzje, pierwsze wrażenia i ulubieńców wśród kolorów.
Na kremowe cienie od Maybelline skusiłam się i ja. Podeszłam jednak do tematu racjonalnie i nie wybierałam dla siebie kolorów, które nazywam "ekstremalnymi" - fioletów, róży, zieleni. Po prostu rzadko je stosuję.
Zapraszam dziś na recenzję tych cieni po latach ich użytkowania!


Pierwszym kolorem, jaki kupiłam był Permanent Taupe. Wzięłam go na promocji w Rossmanie z myślą o malowaniu brwi. Przecież wszyscy używali go właśnie w tym celu. Jednak okazał się dla mnie zbyt szarofioletowy, zbyt ciemny i miałam wrażenie, że kiedy mam go na brwiach, wyglądam złowrogo. Jakbym chciała budzić respekt wśród Sebków. Zaczęłam używać go do zewnętrznego kącika oka i do dzisiaj właśnie tak go sosuję. Jako baza sprawdza się nieźle, choć mam wrażenie, że dość szybko zastyga, więc często służy mi też jako samodzielny cień.
Mniej więcej w tym samym czasie do mojej kosmetyczki trafił On and on Bronze. Jest to kolor błyszczący i rewelacyjnie sprawdza się jako baza pod cienie, nakładana na 3/4 powieki ruchomej. Jego konsystencja jest najbardziej mokra ze wszystkich color tatto jakie mam, dlatego rozprowadza się najlepiej. Generalnie nie mam mu nic do zarzucenia, fajnie wygląda i podbija cienie.
Timeless Black kupiłam trochę do robienia kociego oka, trochę w ramach eyelinera. W żadnej z tych funkcji się nie sprawdził. Szybko wysechł w opakowaniu, kiepsko się rozprowadza i blenduje, a cienie nie chcą się na nim trzymać. Był fajny, jak był nowy, teraz trudno używać go jako linera. Dzisiaj służy mi do zagęszczania linii rzęs. 
Najnowszym kolorem w kolekcji jest Creme de Nude. Kupiłam go jako tańszy zamiennik Painterly z MAC-a i muszę przyznać, że jest całkiem niezły. Co prawda trzeba się namachać, żeby go odpowiednio rozprowadzić, ale dobrze trzyma cienie i ma fajny, cielisty kolor. Nie za różowy, nie za żółty. 


Gdybym miała stworzyć subiektywny ranking tych czterech cieni, na pierwszym miejscu byłby On And On Bronze, zaraz za nim Creme de Nude, na trzecim miejscu Timeless Black, a na ostatnim Permanent Taupe. Nie sądzę też, abym kiedyś miała dokupić sobie inne, chociaż czasem kusi mnie jeszcze biały ;)

Używacie tych cieni? Jak Wam się sprawdzają?




niedziela, 7 maja 2017

CLINIQUE PEP-START - HIT CZY KIT?


Czołgiem! Wiecie, jak wielka jest moja miłość do niebieskiego kremu z Clinique z serii Pep-Start. Przy okazji wyjazdu na majówkę postanowiłam w końcu otworzyć miniaturki, które kupiłam w zestawie z owym kremem. Jak się sprawdziły? Czy są tak dobre, jak miłość mojego życia? Zapraszam dalej!


Różowa tubka to oczyszczający żel do twarzy 2 in 1 Exfoliating Cleanser. Żel ma oczyszczać i złuszczać naskórek, dzięki czemu skóra ma być tak oczyszczona i wolna, jak tylko może.
Czy aby na pewno?
Żel ma rdzawy kolor i niekoniecznie przyjemny zapach. Do złudzenia przypomina mi biosiarczkowy żel od Balneokosmetyki. Za złuszczanie odpowiadają drobinki, których nie widać w żelu, ale czuć pod palcami. Wydaje mi się, że do codziennego używania jest zbyt mocny, przynajmniej dla wrażliwych cer. Ale w okresie, kiedy mamy więcej niedoskonałości lub chcemy skórę odświeżyć, np. po długiej podróży - jak najbardziej :) Nie jestem jednak pewna, czy warto przepłacać, jeśli dokładnie taką samą formułę i działanie oferuje żel z Balneo, o którym pisałam Wam TU. W zestawie się opłaca, ale samodzielnie - czy ja wiem?


Żółta tubka to miniaturka kremu pod oczy. Pełnowymiarowy produkt ma końcówkę przeznaczoną do masażu okolicy pod oczami, miniaturka ma zwykły "dozownik", którego śmiało można używać jako masażera, bo ma opływowy kształt. Lubię małe kremy pod oczy, bo zawsze okazują się wydajne (u mnie im więcej kremu pod oczami, tym bardziej piecze). Krem jest lekki i łatwo rozprowadza się na skórze. Nie trzeba ciągnąć ani rozsmarowywać - nakładam, klepie i jestem gotowa. Krem szybko się wchłania, nadaje się pod makijaż, ja używam go zarówno na dzień, jak i na noc. Po kilkunastogodzinnej jeździe autokarem, gdzie twardy sen jest niemal niemożliwy i po kilku intensywnych dniach nad morzem, moje oczy wyglądały okropnie. Patrząc w lustro, widziałam obcą osobę. To był ogromny egzamin dla tego kremu, który szybko zlikwidował cienie i opuchnięcia i znacznie poprawił koloryt skóry. Oczywiście w połączeniu z regenerującym snem :)
Krem uważam za jeden z lepszych, jakie miałam. Pełnowymiarowy produkt w miarę się opłaca, chociaż ja jednak wolę mniejsze pojemności, jeśli chodzi o produkty pod oczy.


Podsumowując, serię Pep-Start bardzo Wam polecam. Niekoniecznie jednak radziłabym kupować wszystkie produkty osobno. Żel, przy stosowaniu kilka razy w miesiącu, starczy Wam na bardzo długo, krem pod oczy również jest super wydajny. Jeśli złapiecie zestaw świąteczny, w którym znajduje się pełnowymiarowy krem i dwie miniaturki - nie ma co się wahać :)

Stosowaliście tę serię? Jakie są Wasze odczucia?

Pozdrawiam Was, buźka!






środa, 19 kwietnia 2017

ULUBIONE MARKI - BALEA


Cześć! Ostatnio rzadko tu bywam, ale - jak to mówią - lepiej tak, niż wcale. Dziś mam dla Was przegląd kolejnej mojej ulubionej marki kosmetycznej, niestety niedostępnej w Polsce. Jest to marka Balea. Jeśli jesteście ciekawi, zapraszam!


BALSAMY DO CIAŁA

To jest hit wśród hitów! Przynajmniej dla mnie, wiem, że wiele z Was nie lubi lejącej konsystencji. Ja właśnie za nią przepadam, bo szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Do tego wszystkie produkty Balea pięknie pachną! No cudownie, mogłabym siedzieć i wąchać! Zarówno małe "tubki" jak i te większe butle, mają tę samą konsystencję, czyli bardziej lotion niż treściwy balsam. Ta pośrodku (druga od lewej) jest bardziej olejowy. Drugi od prawej posiada złote drobinki, które naprawdę baaardzo się mienią na skórze. O wersji Magic Summer już Wam pisałam, że to świetny produkt brązujący :)
Balsamy, tak jak już mówiłam, są lekkie i szybko się wchłaniają, więc bardzo lubię używać ich rano. Nie kleją się do ubrań, a zapach utrzymuje się na skórze bardzo długo :) Przez to, że są takie leiste, są niesamowicie wydajne!





DEZODORANTY

Nie kocham ich tak mocno, jak innych produktów, niemniej jednak warto wspomnieć o tym, że zapachy to naprawdę sztos. Dwa po prawej to typowe dezodoranty zapachowe, które nie mają (tzn według producenta mają, ale tak naprawdę nie mają) żadnych właściwości ochronnych. Po prostu sobie pachną. Może dla mniej wymagających będą odpowiednie jako antyperspiranty, u mnie raczej jako pachnący dodatek. Ten po prawej jest mocno kokosowy i dla mnie zbyt duszący. Ten w środku to już typowy "anty", który nie ma jakiegoś super zapachu i sprawdza się nieźle, choć w tej kwestii jednak wolę inne marki. :)



PRODUKTY DO WŁOSÓW

Wiecie, jak lubię ten olejek na końcówki. Często o nim wspominam. Moja miłość do innych produktów narodziła się z czasem. Szampon z serii Oil Repair polubiłam za to, że dobrze oczyszcza, ale jednak pozostawia włosy "śliskie", jakby muśnięte silikonem. Z początku myślałam, że to problemy z domywaniem, ale tak po prostu działa i bardzo go lubię. Ma SLES, więc używam sporadycznie, co kilka myć. Z odżywką na początku się nie polubiłam. Wysuszyła mi włosy, zrobiły się sianowate i trudno było je rozczesać. Za drugim podejściem nałożyłam jej dużo więcej i włosy po wyschnięciu były miękkie, lejące i gładkie :) Teraz używam jej bardzo chętnie, często w połączeniu z odżywką z Isany.
Mam jeszcze rozjaśniający spray do blond włosów, o którym zapomniałam, a który naprawdę działał. Dopóki atomizer się nie popsuł. Oprócz tego mam też nawilżającą serię, ale jeszcze jej nie używałam. ;)



KREM DO RĄK

Kremu używa moja mama i bardzo dobrze jej się sprawdza. Ma fajną konsystencję, nie jest lejący, ale też nie tłusty. Ma oczywiście fajny zapach. :) Ma też faktor SPF (LSF 10 to mniej więcej tyle samo, co SPF 5). Nie jest to duża ochrona, ale zawsze ;)


I to by było na tyle ;) Dajcie znać, czy używacie tych produktów i czy lubicie tę markę :)
Ja już uciekam, trzymajcie się ciepło, buźka! :)


piątek, 7 kwietnia 2017

ULUBIEŃCY ZIMY 2016 / 17


Cześć! :) Dziś zapraszam Was na przegląd ulubieńców, które zawładnęły moim sercem tej zimy. Zapraszam!



Mówcie sobie co tam chcecie. Że brzydkie, że paskudne, że wyglądają fatalnie, że odejmują półtora metra wzrostu i że to obok Multipli najgorsze, co może być. Ale wiecie co? Nikomu nie było tej zimy tak ciepło w stopy jak mi. Od kiedy pamiętam, mam problem z lodowatymi stopami, którymi bardzo trudno dogodzić zimą. Przebrnęłam przez setki różnych butów, wszystkie możliwe materiały, ocieplenia, podbicia i wszystko inne. NIC. Nic mi nie zrobiło tak dobrze, jak te Ugi. Dlatego bez względu na to, jak źle wyglądają i jak fatalne są, to moi najwięksi zimowi ulubieńcy i w przyszłym roku na pewno będę dalej w nich człapać!


Pielęgnacja zimą jest dla mnie superważna. Żeby nie było, w inne pory roku też :P Oto kosmetyki, które tej zimy przyniosły mi radość:

1. Clinique Pep-start - ten krem to moje odkrycie. Gdyby tylko miał SPF, byłby moim Bogiem. Zimą używam go z kremem CC z Bourjois, latem niestety muszę go odstawić. Nawilża niesamowicie, od razu się wchłania, skóra jest supermiękka i nie przesusza się na mrozie. Mój hit hitów!

2. Krem zimowy Floslek Winter Care Spf 50+ - Tego pana używałam na wyjazdach, lub gdy wychodziłam na zewnątrz niepomalowana. Jest tłusty, ale nie zapycha. Czytałam dużo o efekcie bielenia skóry, ale on po kilku minutach znika i skóra wygląda jak po prostu posmarowana zwykłym kremem. Po jego zastosowaniu moja skóra wytrzymała siedem godzin na stoku i się nie posypała, więc wielki plus.

3. Maść z witaminą A - o niej pisałam już wielokrotnie. To mój kosmetyk do zadań specjalnych. Stosuję go na usta, znamiona, przesuszenia, oparzenia, a od kiedy poradziła mi tak kosmetyczka - również na skórki. Nic dodać, nic ująć :)

4. Stara Mydlarnia Serum z witaminą C - serum dostałam od mojego chłopaka i bardzo dobrze mi się sprawdziło. Łagodzi przebarwienia i fajnie nawilża cerę. Jedyny minus to przydatność po otwarciu, bo tylko 3 miesiące, ale nic więcej nie mam mu do zarzucenia :)


5. Balsam pod prysznic Eveline - kolejny mój hit hitów, który rozwiązał mój zimowy problem. W łazience mam światło zsynchronizowane z wentylacją, więc całe ciepło, które sobie naparuję gorącym prysznicem, momentalnie wywiewa. W związku z tym spory problem sprawia mi stanie nago w łazience i smarowanie się balsamami, bo zwyczajnie marznę. Któregoś razu kupiłam sobie balsam pod prysznic i to był strzał w 10! Nawilża, natłuszcza, zniknął problem AZS i marznięcia poza kabiną. Polecam bardzo serdecznie!

6. Balsam Evree Max Repair - klasycznych balsamów też zdarzało mi się używać i wśród nich zdecydowanym moim faworytem jest balsam z Evree. Jest odpowiednio tłusty, ale szybko się wchłania, skóra jest miękka i odżywiona, nie piecze też, jak to u mnie czasem bywa :)

7. Maska do włosów Dr Sante Argan Hair - Co tu dużo mówić, najlepsza maska ostatnich miesięcy. Jest gęsta i treściwa, nie trzeba trzymać jej bardzo długo, a efekt jest super - włosy dociążone, gładkie, miękkie i błyszczące. Jak dla mnie super :)



Kolorówka u mnie uboga, bo nie mam jakichś szczególnych wymagań, jeśli chodzi o zimę.

1. Nyx Soft Matte Lip Cream, kolor Abu Dhabi - zimą nie przepadam za mocnymi kolorami, bo wyglądają na mnie po prostu źle. Dlatego postawiłam na nudziak od Nyxa. Fajnie się nosi i daje bardzo naturalny kolor :)

2. Bourjois 123 Perfect CC cream - Tak jak już wspomniałam, używam go razem z Clinique. Niektórzy zimą lubią ciężkie podkłady, ale ja takich nie znoszę. Dla mnie to wygląda fatalnie, więc u mnie żadne rewlony czy dablłery. Lubię lekkie podkłady o średnim kryciu i taki własnie jest CC od Bourjois. Jest nieco cięższy od Healthy Mixa, dlatego używam go zimą i jestem zakochana ;)

3. Urban Decay Naked Basics - paletkę dostałam na urodziny od przyjaciółki. Ma fajne, naturalne kolory, cienie się dobrze blendują i można z nich zrobić zarówno makijaż dzienny jak i wieczorowy :)


Nie zabrakło także zimowych lakierów:

1. Golden Rose Wow, kolory 101 i 08 - połączenie bladego różu i baby blue to dla mnie idealne zestawienie na zimę, były to najczęściej maltretowane przeze mnie lakiery :P

2. Golden Rose, matowy top coat - odkryłam go dopiero zimą i przepadłam, nosiłam go baaardzo często. Co prawda lakier szybciej z nim odpadał, ale efekt jest tego warty :)

3. Golden Rose Rich Color, ko. 20 - u mnie był to kolor "wyjściowy", który stosowałam na wieczór lub kiedy po prosu chciałam być bardziej glamour :P Podoba mi się jego konsystencja i wykończenie - ni to matowe, ni satynowe ;)

4. Golden Rose Miss Selene 167 - Idelany lakier z drobinkami, które wspaniale imitują płatki śniegu. Do żadnej innej pory roku mi tak nie pasuje jak do zimy :)

5. Odżywka do paznokci Wibo S.O.S Weak Nails - najlepsza jak do tej pory odżywka, jaką miałam. Przebija nawet Golden Rose.


Na koniec dwa oleje, które ratowały mi wielokrotnie skórę:

1. Evree Magic Rose olejek upiększający - cudowny olej, który bardzo szybko się wchłania, a rano cera jest miękka i promienna. Czasem nawet używałam go pod makijaż i sprawdził się super :)

2. Olej kokosowy - nic nie trzeba mówić, olej kokosowy jest najlepszy na wszystko. Uratował moją twarz, kiedy odpadała płatami.



I to by było na tyle. Dajcie znać, co Was zachwyciło tej zimy, ja już uciekam, trzymajcie się ciepło, buźka! :)

Na koniec jeszcze chciałabym Was poinformować, że powołałam do życia nowy blog, bardziej felietonistyczny, o tematyce lifestylowej, trochę życia, trochę kuchni, trochę wszystkiego ;)
Zapraszam Was serdecznie, jeśli lubicie czytać: Blondynkanaswoim. Buźka!

sobota, 25 marca 2017

ULUBIONE PRODUKTY BRĄZUJĄCE


Cześć Pierniczki! Mam dziś dla Was przegląd produktów brązujących, które u mnie sprawdzają się najlepiej. Jeśli tak jak ja lubicie być ciemni cały rok, zapraszam!



BALEA MAGIC SUMMER BODYLOTION

Ten balsam to moje odkrycie. Byłam pewna, że takie produkty jedynie "podbijają" opaleniznę i utrwalają ją. Balsam z Balea zawiera DHA i naprawdę nadaje kolor skórze! Jest to subtelna zmiana, ale rano widzę, że moja skóra jest nieco bardziej brązowa. Ten efekt nie wydaje mi się jakiś megatrwały, niemniej jednak jestem tym balsamem zachwycona i będę często do niego wracać :)




SORAYA AFTER SUN - ULTRANAWILŻAJĄCY BALSAM UTRWALAJĄCY OPALENIZNĘ

Ten balsam nie zawiera DHA, więc nie "opala" skóry trwale. Ma lekko brązowy kolor, który "osadza się" na skórze i delikatnie ją barwi. Całość utrzymuję się dość krótko, jednak ja ten balsam bardzo lubię. Używam go zarówno przed wyjściem, jako taki "szybki opalacz", jak i na noc. Produkt bardzo dobrze nawilża. Trzeba jednak poczekać, aż całkiem wyschnie, bo może barwić ubrania ;)





LIRENE DERMOPROGRAM MUS SAMOOPALAJĄCY

Wśród samoopalaczy, ten jest moim ulubieńcem. Nie żadne fejkbejki. Uwielbiam go, bo daje śliczny brązowy kolor, utrzymuje się cały tydzień i bardzo trudno jest sobie nim zrobić smugi. Ma formę pianki i jeśli chodzi o kolor i trwałość - to mój pionier. Ma jednak dwa istotne minusy. Pierwszy jest taki, że nie każdemu spodoba się jego zapach. Ja już do niego przywykłam. Drugi minus też nie każdemu będzie przeszkadzał - ogrom parabenów, w tym paraben etylowy, który może powodować nowotwory piersi. Dlatego właśnie bardzo ostrożnie się z nim obchodzę i nie pokrywam nim całego ciała. Poza tym, jest to naprawdę jeden z najlepszych produktów jakie mam ;)





BIELENDA BRĄZUJĄCA PIANKA DO CIAŁA

Dobry zamiennik pianki z Lirene. Jej ogromnym plusem jest brak parabenów, więc nie muszę się bawić w omijanie strategicznych partii mojego ciała. Pachnie mniej intensywnie niż Lirene. Ja mam wersję do ciemnej skóry, bo czytałam, że wersja do jasnej to porażka. Jeśli mam być szczera, moja pianka też nie daje spektakularnych efektów, jeśli mam ją porównywać z Lirene, ale ze względu na skład jestem jej fanką. Po prostu używam jej dwa razy w tygodniu ;)




I to by było na tyle ;) Dajcie znać, czy jesteście fanami sztucznej opalenizny i jakie produkty u Was się sprawdzają. A może używacie lekko brązujących balsamów zamiast samoopalaczy? :)
Ja już uciekam, trzymajcie się ciepło, buźka!






czwartek, 16 marca 2017

POZWÓL SKÓRZE ODDYCHAĆ!



Cześć wszystkim! Kilka dni temu marka Rabble zaproponowała mi, żebym napisała, jak dbam o swoją cerę. Tematem, jaki proponuje Rabble jest"Pozwól jej oddychać  - czyli sposób na zdrową cerę!!". Niedawno pisałam Wam, jak nawilżam i nawadniam twarz, a dziś pokażę Wam, jakich metod używam, aby zapewnić skórze oddech. Zapraszam!



MAKIJAŻ NA PÓŁ ETATU

Kiedyś malowałam się codziennie. Dzisiaj brzmi to strasznie i zastanawiam się, czy moje synapsy były dobrze połączone. Nawet, gdy nie wychodziłam z domu cały dzień, robiłam sobie pełny makijaż, bo uważałam, że bez niego jestem brzydka. A potem się dziwiłam, że moja skóra jest zapchana, zanieczyszczona i pełna syfów.
Cyrk na kółkach.
Potem zaczęłam dużo o tym czytać i doszłam do wniosku, że może jednak lepiej odpuścić te szpachlę. Dzisiaj nie maluję się, jeśli nie wychodzę do większej grupy ludzi lub na cały dzień. Zdejmuję też makijaż tak szybko jak mogę. I moja skóra jest mi wdzięczna, bo może spokojnie pooddychać powietrzem i nie jest taka zapchana.
Zwracam też uwagę na to, czym zmywam makijaż - używam lekkich płynów i olejków, ale to już wiecie ;)




ZŁUSZCZAJ, A BĘDZIE CI DANE

O tym, że skórę twarzy co jakiś czas trzeba złuszczać, nie muszę chyba nikomu mówić. Peelingi sprawiają, że zrzucamy "zbędną" skórę, a cera jest świeża, miękka i przede wszystkim dobrze oczyszczona z martwego naskórka i zanieczyszczeń. To sprawia, że dużo lepiej jej się "oddycha" ;)
Mam wrażliwą skórę, więc u mnie najlepiej sprawdzają się peelingi enzymatyczne, które nie wymagają pocierania. Moim ulubionym jest ten z Bielendy. Raz na jakiś czas (najczęściej po imprezie lub długich godzinach w autobusie/pociągu, kiedy nie mam możliwości umycia twarzy) pozwalam sobie na drobnoziarnisty peeling z Perfecty. Bardzo go lubię, bo nie podrażnia mojej skóry :)





CZARNA MOC, BAWEŁNIANA SIŁA

Każdy rodzaj cery potrzebuje porządnego oczyszczenia raz na jakiś czas. Tłusta, naczynkowa, przesuszona, wszystkie twarze zbierają sebum i brud. Odkryciem ostatniego roku są u mnie maseczki węglowe i peel-off'y. Carbo Detox z Bielendy to moja najukochańsza seria, jeśli chodzi o oczyszczanie, Wszelkie niedoskonałości szybko łagodnieją, skóra jest jak nowa. Zazwyczaj po takiej maseczce nie nakładam na nią żadnego kremu, etc, bo taka "goła" skóra najlepiej oddycha, przez co jest zdrowsza i ładniejsza :)
Kolejnym moim hitem są maski w płachcie. U mnie najlepiej sprawdzają się te koreańskie - są supernawilżające, a esencja, którą są nawilżone, nie jest lepka, tylko od razu się wchłania. Używam najczęściej masek z Holika Holika czy Skin 79. Możecie je dostać w Sephorze, Douglasie, czy w mniejszych drogeriach, które sprowadzają takie dziwności. Teraz dodatkowo portal Rabble ma dla Was 15 procent zniżki do Sephory - KLIK i aż 20 procent w Douglasie na pielęgnację dla mężczyzn, może nakłonicie swoich chłopaczków do dbania o siebie! - KLIK





NOCNA OPIEKA

Noc to czas, kiedy skóra może się zregenerować i odpocząć od makijażu, jest to więc świetny czas, żeby dokładnie o nią zadbać. Ja uwielbiam maski, które zostawia się na twarzy na całą noc, wtedy wiem, że jest maksymalnie odżywiana. Tutaj moim ulubieńcem jest maska z Origins Drink Up Intensive Overnight. Dostaniecie ją w Sephorce, miniaturka (2-3 użycia) kosztuje mniej niż 20 zł. Nie robię tego jednak często, bo maski takie są tłuste, a jednak skóra musi oddychać, zwłaszcza nocą. Dlatego na co dzień lubię lekkie kremy takie, jak ten z Vianka, jednak najczęściej sięgam po sera. Wtedy czuję, jakbym nic nie miała na twarzy. Moim ulubieńcem jest serum ze Starej Mydlarni, wzbogacone witaminą C. Sprawdza się u mnie niesamowicie, rano moja twarz jest promienna i ujednolicona. I nigdy nie spotykam się z nocnym wysypem :)




I to by było na tyle :) Dajcie znać, co Wy robicie, aby zapewnić skórze oddech? A może zapominacie, że ona też potrzebuje powietrza? 




Pozdrawiam Was ciepło, buźka! :)






piątek, 3 marca 2017

40 MIESIĘCY BEZ FARBOWANIA WŁOSÓW


Cześć Króliczki! W końcu jestem! Zdałam wszystkie egzaminy, napisałam dwa rozdziały pracy i w końcu mogę się czymś zająć ;) Planowałam inny post, ale on może jeszcze poczekać. Jakiś czas temu policzyłam, że wraz z końcem lutego minęło równe 40 miesięcy od kiedy ostatni raz farbowałam włosy. Jeśli jesteście ciekawi, jak zmieniły się od tego czasu, zapraszam :)

Włosy ostatni raz farbowałam w październiku 2013 roku. Wtedy przyszedł moment, kiedy zauważyłam, że moje włosy przypominają siano i za nic nie chcą rosnąć. Podjęłam decyzje o powrocie do naturalnego, szaromysiego polskiego blondu. Tak prezentowały się mniej więcej w tym okresie:


Na zdjęciach widać, że wpadały w rudoczerwone tony (które z czasem wypłukały się do koloru jajka), były suche i niekoniecznie długie. Postanowiłam zapuszczać stopniowanie i grzywkę i za nic nie farbować. Czy mi się udało?
I tak i nie.

Choć od 40 miesięcy nie używałam żadnej farby do włosów, miałam krótką przygodę z rumiankiem (płukałam nim włosy przez miesiąc jakoś w zeszłym roku, bo nie chciałam stracić blondu ani zdrowych włosów) i jeszcze krótką ze sprayem rozjaśniającym z Balea na bazie wody utlenionej. Co prawda żadne z nich nie zniszczyło mi włosów, odrost zaczął się tworzyć na nowo (nawet po rumiaku!). Poza tymi dwoma ekscesami, uparcie włosy odżywiałam, smarowałam, olejowałam i robiłam wszystko, co tylko mogłam, żeby odzyskały dobrą kondycję. Jednocześnie starałam się czasem zastosować coś z rumiankiem, żeby delikatnie podbić blod, który został i rozjaśnić odrost, ale były to odżywki lub szampony, nic bardziej agresywnego.

W lutym 2017 roku moje włosy prezentują się dużo lepiej, choć po zimie mam mocno zniszczone końcówki, a umówienie się do fryzjerki zawsze odkładam na jutro. Niemniej jednak dziś jestem z nich zadowolona, odrost ładnie stapia się z farba (choć nic nie robiłam w tym kierunku, samo się tak stało), całość jest nawet dobrze zgradientowana i nie ma już żółtkowej poświaty.


Po lewej zdjęcie z zasłoniętą roletą na oknie, po prawej - z odsłoniętą. Poniżej zdjęcie przy samym oknie, więc w dziennym świetle. Widać na nim zimowy ból na końcówkach


Odrosty są w kolorze szarego, mysiego blondu, którego nie lubię i chciałabym znaleźć sposób, żeby rozjaśnić włosy w naturalny sposób, ale bez odrostów :D Teraz są też dużo gładsze niż wtedy i parząc na nie, myślę, że warto było odżałować te tony pieniędzy na wszystkie odżywki i oczywiście na moją fryzjerkę, która wie, ile to centymetr ;)

A Wy farbujecie włosy czy wracacie do naturalsów? A może nigdy nie używaliście farby? ;)

Ja już uciekam, trzymajcie się ciepło, buźka!



czwartek, 16 lutego 2017

JAK SPAKOWAĆ KOSMETYCZKĘ NA WYJAZD


Cześć kochani! :) Dziś mam dla Was kilka moich sposobów na spakowanie kosmetyczki na kilkudniowy wyjazd. Zapraszam :)



MINIATURKI

Dla podróżujących to jest rzecz naturalna, że zamiast targać ze sobą całe butle szamponów czy żeli lepiej wziąć coś na kilka razy, co zużyjemy w trakcie wyjazdu. U mnie świetnie sprawdza się przede wszystkim szampon z Babydream (kupiłam raz i przelewam z dużego Bbd jak wyjeżdżam) i odżywki z serii Gliss Kur, które starczają mi na jedno mycie włosów :) Do tego mini micel z Biodermy, którego nie lubię, ale używam na wyjazdach, aż się skońćzy, wtedy będę sobie przelewać swoje ulubione. Zawsze zabieram ze sobą też miniaturkę żelu/płynu do higieny intymnej, tutaj dodatkowo znalazł się krem pod oczy i żel do twarzy z Clinique ;)




PEŁNOWARTOŚCIOWE, ALE MAŁE

Kiedy wyjeżdżamy na 1-2 dni nie ma najmniejszego problemu z wzięciem miniaturki żelu pod prysznic czy toniku. W przypadku wyjazdu na min. 5-6 dni branie miniaturek żelu się nie opłaca, przynajmniej u mnie :D Dlatego kupuje żele pełnowartościowe, ale o mniejszej pojemności niż te, których używam w domu. Tak samo robię z żelami do twarzy i tonikami. Biorę także waciki i produkt, który może być wielofunkcyjny. Serum z Dermedic używałam rano jako serum i wieczorem jako krem na noc.




MINIMALIZM 

Pakując kosmetyki kolorowe, staram się jak najbardziej skondensować ich ilość. Wybieram takie paletki cieni, żebym mogła jednego z nich użyć jako bronzera, jednego jako rozświetlacza. Tak samo robię z pędzlami - szukam takiego, który będzie dla mnie wielofunkcyjny. Rezygnuję także z pomady do brwi, zastępując ją kredką, która zaoszczędzi mi kolejny pędzel oraz z linera, który wcale nie jest mi niezbędny. Do tego wybieram tylko jedną pomadkę do ust, którą mogę męczyć cały wyjazd. Minimalizm to klucz do sukcesu pakowania się :P




PRÓBKI

To kolejny punkt, bez którego nie wyobrażam sobie wyjazdu, Kolekcjonuje próbki z gazet, aptek i perfumerii, aby wykorzystać je na wyjeździe. Nie muszę dzięki temu brać ogromnego balsamu do ciała ani bawić się w przelewanie go do mniejszych pojemniczków (nie znoszę przelewania produktów do tych samolotowych kubeczków). Lubię zabierać ze sobą próbki balsamów do ciała, kremów do rąk i twarzy, a także saszetki z peelingami ;)



I to by było na tyle, dajcie znać, jaki jest Wasz sposób na pakowanie kosmetyków, ja już uciekam, trzymajcie się ciepło, buźka! 







Przeczytaj zanim skomentujesz!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz i zawsze odwiedzam blogi komentujących :) Jednak jeśli obejrzysz zdjęcia i napiszesz "super post/recenzja/migawka/ulubieńcy/denko/cotamchcesz", lepiej sobie daruj. Dla mnie liczy się jakość komentarzy, a nie ich ilość. Nie piszę tych postów dla siebie ;) Jeśli uważasz, że za dużo tu czytania, przynajmniej wyłap esencję. Puste komentarze są bardzo przykre ;)