niedziela, 28 stycznia 2018

NAJLEPSZE KREMY DO RĄK - ODKRYCIA ZIMY 2017/18


Jedno z moich postanowień urodowych na 2018 rok (miał być o tym post, ale szło mi to jak krew z nosa, a teraz jest już prawie luty) jest przykładanie większej wagi do pielęgnacji dłoni i stóp. Co do tego pierwszego, raczej staram się regularnie używać kremów do rąk, ale muszę przyznać, że większości z nich nie znoszę. Moje dłonie, twarz i ciało nie należą do tych, co wchłaniają wszystko w sekundę. Zwykle muszę czekać nawet kilkanaście minut, a kosmetyki do twarzy i dłoni znikają bez śladu dopiero, jak je zetrę. Dlatego o ile twarz mogę przypudrować, to dłoni już nie, więc kremów do rąk używałam głównie na noc. Od pewnego czasu mam w torebce dwie perełki, które śmiało mogę uznać za ulubieńców mojego życia.

1. Neutrogena - szybko wchłaniający się krem do rąk

To nie jest żart. Ten krem wchłania się w ekspresowym tempie i nie muszę przez 20 minut po aplikacji wycierać dłoni o spodnie. Do tego w promocji można go znaleźć za mniej niż 10 zł (ja swój kupiłam za ok. 7), więc mamy niską cenę i super działanie. Krem ma lekką, ale nie lejącą formułę, nakłada się go jak masełko, wchłania się w sekundę i do tego wspaniale pachnie! Dla mnie będzie on idealny zarówno na teraz, jak i na ciepłe miesiące. Dłonie są po nim gładkie, miękkie i o wiele mniej zaczerwienione. Nic więcej nie muszę mówić - po prostu polecam spróbować. Nie pożałujecie, gwarantuję.




2. Cien -  SOS Hand Concentrate

Tak, to jest krem z Lidla. I jest najlepszy na świecie. Ten z Neutrogeny jest po prostu dobry, dobrze się wchłania i ładnie pachnie. SOS Hand Konzentrat z Cien jest genialny. W tym roku moje dłonie zemściły się na mnie za przeprowadzkę do miasta o najtwardszej wodzie świata i za chodzenie w jesiennych rękawiczkach do połowy stycznia. Były zaczerwienione, wysuszone na wiór, skórę mogła odrywać z nich płatami. Do tego niemiłosiernie piekły i wyglądały po prostu nieestetycznie. Ciągle pilnowałam, żeby chować je przed ludźmi. W końcu moja ciocia poleciła mi ten krem. I to był prawdziwy cud. Zrobiłam dokładnie tak, jak mi kazała - wysmarowałam całe dłonie, wsadziłam w rękawiczki i poszłam spać. Rano obudziłam się, a moje ręce były jak nowe. Dosłownie, jakby zrzuciły skórę przez noc. Miękkie, gładkie, jasne. Później stosowałam go na noc jeszcze kilka dni (już bez rękawiczek) i zniknęło całe zaczerwienienie, pieczenie i wszystko, co złe.
Jeśli macie mega zniszczone i suche dłonie, zaraz po aplikacji poczujecie szczypanie, ale spokojnie - tak ma być. Później krem się wchłania i zaczyna robić swoje. W składzie ma głównie glicerynę, więc ma bardziej bezbarwny kolor, niż inne kremy do rąk. Dodatkowo warto zauważyć jego cenę - ok. 3 zł za coś tak wspaniałego. Coś, co uratowało moje dłonie. Gorąco polecam Wam sprawdzić ten krem - ostatecznie stracicie tylko kilka złotych ;)



Znacie któryś z tych kremów? A może polecicie jakiś inny, który szybko się wchłania i jest tak genialny jak ta dwójka?
Pozdrawiam Was gorąco i do zobaczenia niedługo!

poniedziałek, 25 grudnia 2017

KOSMETYCZNY TOP 10 ROKU 2017


Też macie wrażenie, że czas megaszybko ucieka? Mam wrażenie, że rok 2017 dopiero się zaczął, a już dobiega końca i blogosferę zalewają posty o hitach kosmetycznych i niekosmetycznych. Piszecie o tym, co Was zachwyciło w ciągu tych 365 dni, czasem też co rozczarowało. Ja też przygotowałam dla Was zestawienie moich kosmetycznych ulubieńców i od razu słowo wyjaśnienia - niektóre elementy na zdjęciach wyglądają jakby były doklejone, dlatego, że faktycznie są. Jestem mentalną amebą, jak już pewnie wiecie, i zapomniałam uwzględnić na zdjęciach peelingu z Dermedic. Dodatkowo pomyliłam bazy. Na karteczce z planem postów miałam zapisane "baza Smashbox" i chwyciłam nie tę, co trzeba. Z początku chciałam ją zostawić, ale to zdecydowanie nie był mój ulubieniec, a nie chciałam na siłę szukać jej zalet na potrzeby posta. Dlatego właśnie te dwa produkty są dofotoszopowane do zdjęć, za co przepraszam, ale chyba lepsze to, niż kłamanie że inna baza jest super :D


1. Too cool for school - Egg mousse soap - pianka do twarzy w formie musu to moje odkrycie i mój drugi must have po piance z Pharmaceris. Mniejsza wersja wystarcza na naprawdę długo, a sama pianka jest delikatna, ściąga twarz, ale nie jakoś inwazyjnie - nic mnie po niej nie piecze, nie ciągnie, nie powoduje dyskomfortu. Nie zauważyłam też żadnego wysypu czy przesuszenia skóry, co czasem robią mi żele do twarzy. Słowem - świetna pianka, wydajna i delikatna. Używam jej rano do przemycia nocnych zanieczyszczeń.

2. Dermedic - Płyn micelarny - o nim pisałam już chyba wielokrotnie. Obok Evree to mój ogromny ulubieniec. Nie piecze w oczy, dobrze zmywa nocne zabrudzenia (nie używam miceli to demakijażu, bo to absurd), do tego dobrze nawilża i nawadnia skórę, przez co jest miękka i nie piecze :)

3. Smashbox - Photo finish pore minimizing primer - pewnie też już o niej pisałam, ale to jest dla mnie najlepsza baza na świecie. Mam białą wersję tych smashboxowych tubek, mam ich water primer i nic tak nie trzyma makijażu i nie wygładza cery jak ta fioletowa baza.

4. Nivea Hair Milk - spray do włosów cienkich - spray jest dobrą alternatywą dla włosów suchych, zniszczonych, ale skłonnych do przeciążania. Jest to odżywka bez spłukiwania, którą pryskamy wilgotne włosy (polecam robić to nad wanną, inaczej ofaflunicie sobie całą łazienkę i jeszcze się będziecie ślizgać po podłodze). W moim przypadku ułatwia znacznie rozczesywanie - zwłaszcza teraz, kiedy moje szalikowoczapkowopłaszczowozimowe włosy to jeden dred. Włos są dociążone, ale nie obciążone. Spray można używać na "gołe" umyte włosy, jak i po użyciu odżywki d/s. Naprawdę Nivea zrobiła coś dobrego dla świata, cała seria Hair Milk jest genialna.

5. Dermedic - Peeling enzymatyczny - Moje poszukiwania dobrego peelingu enzymatycznego, który nie jest w jednorazowych saszetkach, zawsze kończyło się fiaskiem. W końcu postawiłam na stary dobry Dermedic, mając na uwadze to, że nigdy nic z tej firmy mnie nie zawiodło. I to była kolejna dobra decyzja. Peeling jest łagodny, ale skuteczny. Usuwa wszystkie suche skórki, zmniejsza widoczność blizn i przebarwień, a wszystkie maski i kremy później lepiej się wchłaniają. Peeling trzyma się na twarzy ok. 20 minut, więc ja zazwyczaj nakładam go przed prysznicem, w tym czasie robię sobie herbatę, przygotowuję się na kolejny dzień, a później zmywam go pod prysznicem i przemywam twarz żelem. Nigdy nie zrobił mi żadnej krzywdy, nie jest w żaden sposób agresywny. Polecam gorąco, jeśli nie lubicie latać co chwilę po nowe saszetki za milion złotych. Peeling jest wydajny.


6. Golden Rose -Matte Cryon Lipstick kolor 24 - marchewkowa pomadka, która świetnie wygląda na ciepłej karnacji, była moim towarzyszem od wiosny i towarzyszy mi nadal. Ma bardzo ciepły kolor, pasuje do wielu makijaży i stylizacji, podkreśla zielone oczy i mam wrażenie, że w ogóle rozpromienia skórę. Zdecydowanie najczęściej była na moich ustach w tym roku!

7. Urban Decay - Naked Basics - paletkę dostałam w prezencie od mojej przyjaciółki i naprawdę się przydaje. Kolory są neutralne, ale da się za ich pomocą zrobić delikatny, jak i wieczorowy makijaż, choć do prawdziwie wieczorowego przyda się jeszcze jakiś dodatkowy błysk. Tak, czy inaczej, gwałciłam tę paletkę przez cały rok, gwałcę ją teraz i gwałcić jeszcze będę :D Najjaśniejszy kolor oczywiście jest już wydrapany, ale cała reszta jeszcze długo mi posłuży.

8. Nyx - kredka do oczu Slim Eye Pencil kolor 915 Taupe - najlepsza kredka do brwi jaką kiedykolwiek miałam. Świetnie się rozprowadza, jest miękka ale nie za bardzo, ma wspaniały kolor - ciepły ale nie rudy. Trzyma się bez żadnych problemów cały dzień. Jedyną jej wadą jest to, że jest kompletnie niewydajna, ale myślę, że warto i będę ją kupować namiętnie jeszcze przez długi czas, nawet nie szukam innej.

9. The Balm - Mary Lou Manizer - rozświetlacz, który również dostałam w prezencie i jestem równie zachwycona. Tworzy na twarzy wspaniałą taflę. Na pewno wszyscy dobrze go znacie, wiecie jak wspaniale się prezentuje. Przez cały rok używałam jego na zmianę z rozświetlaczem z Lovely. jest to dobry tańszy odpowiednik. ;)

10. Sally Hansen - Maximum Growth - do odżywek z SH byłam specyficznie nastawiona, bo czytałam dużo opinii, że buble. Na jedej z rossmanowych promocji dałam szansę tej powodującej wzrost paznokci. Używałam jej regularnie i byłam zachwycona. Moje paznokcie urosły niesamowicie, nie łamały się, były elastyczne. Teraz jest zima, mam niedobory wszystkiego i po skróceniu paznokci już tak wspaniale nie rosną, ale rozpoczęłam na nowo kurację SH i widzę powoli efekty. Dla potwierdzenia moich słów, wrzucam zdjęcie moich listopadowych paznokci, chyba to mój rekord jeśli chodzi o ich długość :)

To nie jest reklama Perły ani nie chwalę się zaręczynami - pierścionek nie jest mój :D


Jestem bardzo ciekawa, jakich macie ulubieńców w tym roku?
Do zobaczenia!

Na BNS macie zestawienie niekosmetycznych hitów minionego już prawie roku.



czwartek, 21 grudnia 2017

WIGILIJNE DEKORACJE


Od października pierwszy raz mieszkam z moim chłopakiem, bez współlokatorów i mamy pełną dowolność umeblowania. Więcej o całym procesie przeprowadzki dowiedzie się z drugiego bloga, już teraz zapraszam na BNS!

Lubię czas świąt, ten cały zgiełk i morze dodatków. Lubię też dekorować wszystko, co znajdę. I choć teraz nie do końca zgadzał się nam hajs (kupienie mebli, opłacenie całej papierologii mieszkaniowej, etc. meh), dałam radę choć trochę "uświątecznić" nasze małe M. Jeśli jesteście ciekawi, jak to wygląda u mnie, zapraszam! Może akurat coś Was zainspiruje :)


Latarenki kupiłam w Jysku, z tego co pamiętam były jeszcze srebrne. Zwierzaczki z tabliczkami złapałam w Pepco na promocji za jakieś 3zł, także deal życia. Są urocze, lisek stoi w sypialni, pingwinek macha do nas z kuchni. Świeczki są z Tesco, po tym jak w Ikei komplet świec w różnych rozmiarach wyszedł w ciągu kilku dni, znalazłam alternatywę i jestem bardzo zadowolona!


Nie wyobrażam sobie świąt bez świątecznych serwetek i aromatycznych, korzennych pierniczków. Zawsze część trzymam w słoiczku na stole (znikają w ciągu kilku minut :P), a resztę zamykam szczelnie przed moim głodzisławem :D


Koraliki choinkowe wyglądają dla mnie koszmarnie na choince, ale stanowią doskonałą dekorację w domu, tak więc u mnie leżą na szafce w salonie, oplatając inne bibeloty. Do tego oczywiście zapalone Cotton Balls i klimat jak znalazł.


Czapki świętego Mikołaja kupiłam w jakimś markecie za niecałe 3 zł (druga stoi na parapecie). Mamy póki co maleńką choinkę, w przyszłym roku na pewno znajdziemy miejsce na większą i kto wie - może tym razem żywą ;)



Może to trochę skromne udekorowanie domu, ale nam wystarcza i tworzy wspaniały świąteczny klimat. Jak jest u Was z dekoracjami? Macie więcej (stroiki, skarpety na prezenty, światełka na oknach) czy stawiacie na minimalizm? 


niedziela, 17 grudnia 2017

JAK PAKOWAĆ ŻEBY NIE ZWARIOWAĆ



Dużo widzę w sieci poradników na temat pomysłów na prezent dla niej/niego, ale zdecydowanie mniej miejsca poświęcone jest temu, w co te pomysły później spakować. Dobrym rozwiązaniem jest po prostu wsadzenie ich w torebkę kupioną w markecie albo zlecenie pakowania miłej pani na wysepce w galerii, ale jako pakowaniowy freak uwielbiam wszystko robić sama. Sprawia mi radość to, że mogę komuś ładnie opakować prezent i dzisiaj przygotowałam miniporadnikotutorial na temat właśnie „zawijania” (tak, nie mam więcej słów na „pakować”) prezentów. No to gou!

1      PRZYDATNE DODATKI

Pakowanie to nie tylko ładny papier i wstążka. Na rynku jest wiele bzdetów i kolorowych dodatków, które mogą w prosty sposób dopracować naszą paczkę. Jednym z nich jest dziurkacz ozdobny, który nie robi nam standardowego otworu, ale pozwala wyciąć różne kształty, takie jak serduszka, słoneczka, mam gdzieś nawet pieska, kota i delfina. Do pakowania prezentów w tym roku wybrałam wersję z koniczynką, bo najbardziej przypomina okrąg i łatwo będzie przełożyć przez nią wstążkę. Inną opcją są zawieszki-etykiety. Moje akurat pochodzą z bloga onelittlesmile, dobrze jest wydrukować je na grubszym papierze. W sklepach jest też dużo naklejek i samoprzylepnych tasiemek, którymi możecie ozdobić paczki. Jeszcze jednym elementem, który uwielbiam, jest lniany sznurek. Pasuje do każdego papieru, idealnie wyglądają z nim zawieszki, a cały prezent będzie wyglądał industrialnie, niszowo, ale mega elegancko.



2    STANDARDOWY KSZTAŁT

Kiedy kupimy książkę albo coś zapakowanego firmowo w prostokątne pudełko, problemu z pakowaniem w zasadzie nie ma. Sposoby pakowania są różne, ja prezentuję Wam mój sposób. Osobiście wolę używać do pakowania taśmy dwustronnej, niż klasycznej, bo jest niewidoczna i wszystko wygląda estetycznie.


Przepraszam za ziarniste filmiki o jakości ziemniaka, ale światło za nic nie chciało współpracować.




3      PREZENT – CUKIEREK

Zdarza się, że kupimy coś niewymiarowego, co trudno zapakować tradycyjnie. W przypadku kształtu walca (jeśli chcemy sprezentować komuś świecznik, jakiś kosmetyk do twarzy albo coś zapakowanego firmowo w taki kształt), u mnie dobrze sprawdza się „cukierek”. Robię go podobnie, jak klasyczną paczkę - jeden brzeg wyklejam przy samych krawędziach taśmą dwustronną, a potem ciasno zawijam jak naleśnika. Ważne jest, aby sznurek zawiązać bardzo ciasno przy produkcie (stąd to złozbliżenie na filmie), wtedy będzie się dobrze trzymać i lepiej wyglądać. Sznurek można dodatkowo obwiązać ozdobną wstążką, ale równie dobrze może zostać sam.

 Sam prezent jest cenzurowany, bo musi pozostać tajemnicą do gwiazdki :D






      TOREBKA Z PAPIERU

Jeśli kupimy coś naprawdę bezkształtnego, jak np. figurkę czy zestaw do fondue, można go wpakować do najzwyklejszej torebki prezentowej, ale też zrobić taką samemu. Ja wolę takie rozwiązanie, choć jeszcze nigdy nie wyszła mi idealnie. Kluczem jest, żeby uzyskać jak najbardziej kwadratowy spód, wtedy torebka będzie stała stabilnie. Poniżej filmik instruktażowy. Dajcie mi przy okazji znać, co myślicie o takich filmach i czy w ogóle coś da się z nich wynieść. Każda opinia przyda się do budowania bloga na nowo ;)





5.      Moim ulubionym ostatnio sposobem pakowania jest wykorzystanie zwykłego szarego papieru, sznurka lnianego i ozdobnych zawieszek. Nie umiem wyjaśnić, dlaczego tak mi się to podoba, ale wygląda niesamowicie urbanistycznie i minimalistycznie, zachowując przy tym pewną ekstrawagancję. Do tego już nie trzeba żadnego filmu, procedura pakowania jest dokładnie taka sama jak w poprzednich przykładach. Trzeba jednak pamiętać o tym, że szary papier jest sztywniejszy i trzeba będzie się umęczyć z cukierkiem, za to o wiele łatwiej będzie z niego zrobić torebkę ;)



Tak zapakowane prezenty na pewno zrobią dobrą dekorację świąteczną i sprawią radość odpakowywania Waszym najbliższym!
Dajcie znać, jak jest w Waszym przypadku, wolicie tradycyjne wkładanie prezentu do torebki czy wymyślacie i kombinujecie tak jak ja? Tymczasem do zobaczenia i owocnego pakowania!




A na BNS (mój drugim blog) wjechała pogadanka na temat świąt i całej ceregieli z nimi związanej, zapraszam!

czwartek, 14 grudnia 2017

NOWY ROK, NOWA JA


Co prawda rok jeszcze się nie skończył, ale po wszystkich życiowych zawirowaniach, przeprowadzkach, adaptacji do nowej sytuacji, w końcu podjęłam decyzję o reaktywacji mojej blogowej twórczości. Zarówno tu, jak i na drugim blogu, który porzuciłam w mniejszym stopniu, ale jednak. Blogowanie sprawia mi radość i w ciągu tych kilku miesięcy impasu zatęskniłam za regularnym pisaniem. 

Postaram się, aby było mnie jeszcze więcej i jeszcze lepiej, niż do tej pory, ale wiecie - nic nie obiecuję. Jak zawsze.

Życzę sobie mimo wszystko systematyczności, bo - jak pewnie doskonale wiecie - sprawia mi to trudność, nie tylko w sferze blogowania. Mam teraz jednak trochę więcej energii do działania i lepszą motywację, dlatego postaram się, aby było jak najlepiej! Zapraszam też na moją stronę na FB, gdzie -mam nadzieję - będzie się działo więcej i więcej. Zaglądajcie też na mojego drugiego bloga, gdzie będę serwować Wam dawkę specyficznego humoru, hybrydę felietonu i prywatnych dywagacji, a także zestawienia rzeczy wartych uwagi. Tylko wiecie - tam nie ma zbyt wielu kolorowych obrazków, trzeba raczej coś poczytać.

Dobrego wieczoru i do rychłego zobaczenia!

poniedziałek, 3 lipca 2017

OCHRONA UV 2017


Cześć Prosiaczki! Choć pogoda za oknem nie zachęca do szalonego plażowania, o ochronę przeciwsłoneczną warto dbać w okresie letnim szczególnie. Wtedy, kiedy słońce jest bliżej Ziemi, do naszych ciał dociera więcej szkodliwych promieni UVA i UVB. Ale to już na pewno wiecie. Zapraszam dzisiaj na przegląd moich tegorocznych pomocników!


DERMEDIC NA CO DZIEŃ I NA KRYZYS


Kiedy zaczyna się robić ciepło, ale jeszcze nie gorąco, używam SPF 30. Odkrywamy ciało, ale jeszcze nie aż tak, aby używać "pięćdziesiątek". Do codziennej pielęgnacji używam w tym roku zestawu Dermedic Sunbrella. Pierwszy z nich ma wspomniany filtr, drugi to ratunek po przedawkowaniu słońca, tzw. chłodzące SOS. Póki co jeszcze go nie używałam, bo rzadko się przypalam :D



NA INTENSYWNY SMAŻING

Nie wyobrażam sobie leżenia na pełnym słońcu bez użycia filtra SPF 50. Dawniej używałam Bielenda Bikini, które teraz zmieniło opakowanie, ale formuła została chyba taka sama. Bardzo go lubię i używam także tego lata :) Nowością jest u mnie suchy olejek z Pharmaceris. Kupiłam go na ślepo, bo nie było o nim żadnej opinii i póki co sprawdza mi się świetnie! Nie wchłania się całkowicie, dlatego nie nada się pod ubrania, tylko na klasyczny leżing. :)



TWARZ TEŻ SIĘ LICZY!

Skóra na twarzy jest cieńsza i delikatniejsza niż ta na reszcie ciała. Dlatego trzeba o nią szczególnie dbać. Przez cały rok! U mnie wiosną i jesienią podstawą jest SPF 30 od Bielenda Bikini, natomiast do plażingu w tym roku kupiłam sobie SPF 50 od La Roch Posay, z kolorem. Wolałam "czysty", ale nie mogłam znaleźć. Kolor jest dla mnie za jasny, ale szybko się wtapia, a sam krem daje naturalny blask :)


I to by było na tyle. Jak u Was z ochroną UV? Macie jakieś nowości albo starych ulubieńców? :)




niedziela, 11 czerwca 2017

PIANKI POD PRYSZNIC - HIT CZY KIT?


Helou! Witam Was serdecznie w ten niedzielny wieczór. Sporo mnie tu nie było, na szczęście prawie zakończył się jeden z najbardziej zabieganych okresów mojego życia, praca licencjacka oprawiona i podpisana, egzaminy zdane, teraz można już tylko odpoczywać. I klepać nowe posty!
Dzisiaj zapraszam Was na przegląd nowinki ostatnich lat, czyli pianek pod prysznic. Zapraszam!


Kiedy pierwszy raz się z nimi spotkałam, nie były jeszcze dostępne na rynku polskim. Szczerze mówiąc, po takim czasie nadal nie spróbowałam tych dostępnych na naszych drogeryjnych półkach. Trudno mi więc ocenić, czym się różnią. Niemniej jednak, mam Wam trochę do powiedzenia na temat pianek dostępnych na Zachodzie :)


Od razu warto zaznaczyć, że niemieckie pianki mają jedną wspaniałą zaletę - wszystkie obłędnie pachną! Mam wśród tej trójki swojego ulubieńca, zgadniecie, którego? :)

Pierwsza z nich jest z Lidlowej marki Cien, jednak niedostępna w Polsce. Nazywa się Sparkling Summer i faktycznie pachnie jak wakacje - jest to bardzo świeży, letni, orzeźwiający zapach, lekko słodki.
Druga, Tasty Donut to mój faworyt. Stworzona przez jedną z moich ulubionych niemieckich vlogerek, Bibis. Jej pianki są bezpieczne, wegańskie i pachną niesamowicie! Zapach jest absolutnie adekwatny do opakowania - nie umiem tego wyjaśnić, ale pachnie dokładnie tak jak wygląda!

Trzecia pianka jest z Pure & Basic, zapach to mięta i cytryna. Ta wersja jest bardzo orzeźwiająca, cytrusowa, chłodna, ale chyba wolę słodsze, bardziej owocowe zapachy. Niemniej jednak ta pianka również mi się podoba.


Co myślę o idei pianek? Bardzo fajny gadżet. Dozowniki są bardzo wygodne i praktyczne. Pianki są doskonałe na wyjazdy albo do szybkiego, krótkiego prysznica. Są natomiast niesamowicie niewydajne. Taka ilość wystarcza mi na dosłownie kilka myć. Od czasu do czasu oczywiście warto zafundować sobie takie delikatne SPA i otulić się przyjemną pianką (bo uczucie jest ekstra!), jednak nie wyobrażam sobie używać ich regularnie. Ich cena to około 3-4 euro (pianka od Bibis kosztuje 3.95, nie wiem, jak inne), więc około 12 zł. Wydaje mi się, że w Polsce ceny tych pianek są podobne. 

Pianki polecam, jeśli chcecie spróbować czegoś nowego i raz na jakiś czas zaproponować swojej skórze inną formę oczyszczania. Jako żel pod prysznic stosowany raz po raz raczej się nie sprawdzi.



Znacie pianki pod prysznic? Używacie ich czasem czy regularnie?


P.S. Mieszkam w Polsce. Po prostu nie chce mi się sprawdzać dostępności i cen, po tym zabieganym czasie jestem leniwą bułką :D





czwartek, 25 maja 2017

MAYBELLINE COLOR TATTOO - HIT CZY KIT?


Od kiedy w drogeriach pojawiła się propozycja cienia, który może być jednocześnie bazą, świat oszalał. O Maybelline Color Tattoo mówili wszyscy, na każdym blogu czy kanale można było znaleźć recenzje, pierwsze wrażenia i ulubieńców wśród kolorów.
Na kremowe cienie od Maybelline skusiłam się i ja. Podeszłam jednak do tematu racjonalnie i nie wybierałam dla siebie kolorów, które nazywam "ekstremalnymi" - fioletów, róży, zieleni. Po prostu rzadko je stosuję.
Zapraszam dziś na recenzję tych cieni po latach ich użytkowania!


Pierwszym kolorem, jaki kupiłam był Permanent Taupe. Wzięłam go na promocji w Rossmanie z myślą o malowaniu brwi. Przecież wszyscy używali go właśnie w tym celu. Jednak okazał się dla mnie zbyt szarofioletowy, zbyt ciemny i miałam wrażenie, że kiedy mam go na brwiach, wyglądam złowrogo. Jakbym chciała budzić respekt wśród Sebków. Zaczęłam używać go do zewnętrznego kącika oka i do dzisiaj właśnie tak go sosuję. Jako baza sprawdza się nieźle, choć mam wrażenie, że dość szybko zastyga, więc często służy mi też jako samodzielny cień.
Mniej więcej w tym samym czasie do mojej kosmetyczki trafił On and on Bronze. Jest to kolor błyszczący i rewelacyjnie sprawdza się jako baza pod cienie, nakładana na 3/4 powieki ruchomej. Jego konsystencja jest najbardziej mokra ze wszystkich color tatto jakie mam, dlatego rozprowadza się najlepiej. Generalnie nie mam mu nic do zarzucenia, fajnie wygląda i podbija cienie.
Timeless Black kupiłam trochę do robienia kociego oka, trochę w ramach eyelinera. W żadnej z tych funkcji się nie sprawdził. Szybko wysechł w opakowaniu, kiepsko się rozprowadza i blenduje, a cienie nie chcą się na nim trzymać. Był fajny, jak był nowy, teraz trudno używać go jako linera. Dzisiaj służy mi do zagęszczania linii rzęs. 
Najnowszym kolorem w kolekcji jest Creme de Nude. Kupiłam go jako tańszy zamiennik Painterly z MAC-a i muszę przyznać, że jest całkiem niezły. Co prawda trzeba się namachać, żeby go odpowiednio rozprowadzić, ale dobrze trzyma cienie i ma fajny, cielisty kolor. Nie za różowy, nie za żółty. 


Gdybym miała stworzyć subiektywny ranking tych czterech cieni, na pierwszym miejscu byłby On And On Bronze, zaraz za nim Creme de Nude, na trzecim miejscu Timeless Black, a na ostatnim Permanent Taupe. Nie sądzę też, abym kiedyś miała dokupić sobie inne, chociaż czasem kusi mnie jeszcze biały ;)

Używacie tych cieni? Jak Wam się sprawdzają?




niedziela, 7 maja 2017

CLINIQUE PEP-START - HIT CZY KIT?


Czołgiem! Wiecie, jak wielka jest moja miłość do niebieskiego kremu z Clinique z serii Pep-Start. Przy okazji wyjazdu na majówkę postanowiłam w końcu otworzyć miniaturki, które kupiłam w zestawie z owym kremem. Jak się sprawdziły? Czy są tak dobre, jak miłość mojego życia? Zapraszam dalej!


Różowa tubka to oczyszczający żel do twarzy 2 in 1 Exfoliating Cleanser. Żel ma oczyszczać i złuszczać naskórek, dzięki czemu skóra ma być tak oczyszczona i wolna, jak tylko może.
Czy aby na pewno?
Żel ma rdzawy kolor i niekoniecznie przyjemny zapach. Do złudzenia przypomina mi biosiarczkowy żel od Balneokosmetyki. Za złuszczanie odpowiadają drobinki, których nie widać w żelu, ale czuć pod palcami. Wydaje mi się, że do codziennego używania jest zbyt mocny, przynajmniej dla wrażliwych cer. Ale w okresie, kiedy mamy więcej niedoskonałości lub chcemy skórę odświeżyć, np. po długiej podróży - jak najbardziej :) Nie jestem jednak pewna, czy warto przepłacać, jeśli dokładnie taką samą formułę i działanie oferuje żel z Balneo, o którym pisałam Wam TU. W zestawie się opłaca, ale samodzielnie - czy ja wiem?


Żółta tubka to miniaturka kremu pod oczy. Pełnowymiarowy produkt ma końcówkę przeznaczoną do masażu okolicy pod oczami, miniaturka ma zwykły "dozownik", którego śmiało można używać jako masażera, bo ma opływowy kształt. Lubię małe kremy pod oczy, bo zawsze okazują się wydajne (u mnie im więcej kremu pod oczami, tym bardziej piecze). Krem jest lekki i łatwo rozprowadza się na skórze. Nie trzeba ciągnąć ani rozsmarowywać - nakładam, klepie i jestem gotowa. Krem szybko się wchłania, nadaje się pod makijaż, ja używam go zarówno na dzień, jak i na noc. Po kilkunastogodzinnej jeździe autokarem, gdzie twardy sen jest niemal niemożliwy i po kilku intensywnych dniach nad morzem, moje oczy wyglądały okropnie. Patrząc w lustro, widziałam obcą osobę. To był ogromny egzamin dla tego kremu, który szybko zlikwidował cienie i opuchnięcia i znacznie poprawił koloryt skóry. Oczywiście w połączeniu z regenerującym snem :)
Krem uważam za jeden z lepszych, jakie miałam. Pełnowymiarowy produkt w miarę się opłaca, chociaż ja jednak wolę mniejsze pojemności, jeśli chodzi o produkty pod oczy.


Podsumowując, serię Pep-Start bardzo Wam polecam. Niekoniecznie jednak radziłabym kupować wszystkie produkty osobno. Żel, przy stosowaniu kilka razy w miesiącu, starczy Wam na bardzo długo, krem pod oczy również jest super wydajny. Jeśli złapiecie zestaw świąteczny, w którym znajduje się pełnowymiarowy krem i dwie miniaturki - nie ma co się wahać :)

Stosowaliście tę serię? Jakie są Wasze odczucia?

Pozdrawiam Was, buźka!






środa, 19 kwietnia 2017

ULUBIONE MARKI - BALEA


Cześć! Ostatnio rzadko tu bywam, ale - jak to mówią - lepiej tak, niż wcale. Dziś mam dla Was przegląd kolejnej mojej ulubionej marki kosmetycznej, niestety niedostępnej w Polsce. Jest to marka Balea. Jeśli jesteście ciekawi, zapraszam!


BALSAMY DO CIAŁA

To jest hit wśród hitów! Przynajmniej dla mnie, wiem, że wiele z Was nie lubi lejącej konsystencji. Ja właśnie za nią przepadam, bo szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Do tego wszystkie produkty Balea pięknie pachną! No cudownie, mogłabym siedzieć i wąchać! Zarówno małe "tubki" jak i te większe butle, mają tę samą konsystencję, czyli bardziej lotion niż treściwy balsam. Ta pośrodku (druga od lewej) jest bardziej olejowy. Drugi od prawej posiada złote drobinki, które naprawdę baaardzo się mienią na skórze. O wersji Magic Summer już Wam pisałam, że to świetny produkt brązujący :)
Balsamy, tak jak już mówiłam, są lekkie i szybko się wchłaniają, więc bardzo lubię używać ich rano. Nie kleją się do ubrań, a zapach utrzymuje się na skórze bardzo długo :) Przez to, że są takie leiste, są niesamowicie wydajne!





DEZODORANTY

Nie kocham ich tak mocno, jak innych produktów, niemniej jednak warto wspomnieć o tym, że zapachy to naprawdę sztos. Dwa po prawej to typowe dezodoranty zapachowe, które nie mają (tzn według producenta mają, ale tak naprawdę nie mają) żadnych właściwości ochronnych. Po prostu sobie pachną. Może dla mniej wymagających będą odpowiednie jako antyperspiranty, u mnie raczej jako pachnący dodatek. Ten po prawej jest mocno kokosowy i dla mnie zbyt duszący. Ten w środku to już typowy "anty", który nie ma jakiegoś super zapachu i sprawdza się nieźle, choć w tej kwestii jednak wolę inne marki. :)



PRODUKTY DO WŁOSÓW

Wiecie, jak lubię ten olejek na końcówki. Często o nim wspominam. Moja miłość do innych produktów narodziła się z czasem. Szampon z serii Oil Repair polubiłam za to, że dobrze oczyszcza, ale jednak pozostawia włosy "śliskie", jakby muśnięte silikonem. Z początku myślałam, że to problemy z domywaniem, ale tak po prostu działa i bardzo go lubię. Ma SLES, więc używam sporadycznie, co kilka myć. Z odżywką na początku się nie polubiłam. Wysuszyła mi włosy, zrobiły się sianowate i trudno było je rozczesać. Za drugim podejściem nałożyłam jej dużo więcej i włosy po wyschnięciu były miękkie, lejące i gładkie :) Teraz używam jej bardzo chętnie, często w połączeniu z odżywką z Isany.
Mam jeszcze rozjaśniający spray do blond włosów, o którym zapomniałam, a który naprawdę działał. Dopóki atomizer się nie popsuł. Oprócz tego mam też nawilżającą serię, ale jeszcze jej nie używałam. ;)



KREM DO RĄK

Kremu używa moja mama i bardzo dobrze jej się sprawdza. Ma fajną konsystencję, nie jest lejący, ale też nie tłusty. Ma oczywiście fajny zapach. :) Ma też faktor SPF (LSF 10 to mniej więcej tyle samo, co SPF 5). Nie jest to duża ochrona, ale zawsze ;)


I to by było na tyle ;) Dajcie znać, czy używacie tych produktów i czy lubicie tę markę :)
Ja już uciekam, trzymajcie się ciepło, buźka! :)


Przeczytaj zanim skomentujesz!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz i zawsze odwiedzam blogi komentujących :) Jednak jeśli obejrzysz zdjęcia i napiszesz "super post/recenzja/migawka/ulubieńcy/denko/cotamchcesz", lepiej sobie daruj. Dla mnie liczy się jakość komentarzy, a nie ich ilość. Nie piszę tych postów dla siebie ;) Jeśli uważasz, że za dużo tu czytania, przynajmniej wyłap esencję. Puste komentarze są bardzo przykre ;)