MAJÓWKA W MIEŚCIE? JAK NAJBARDZIEJ

MAJÓWKA W MIEŚCIE? JAK NAJBARDZIEJ


W tym roku majówkę mamy wyjątkowo długą. Być może nawet absurdalnie długą, bo w przypadku wielu uczelni to aż dziewięć dni. Spora część osób co roku organizuje sobie jakiś wyjazd na weekend bądź dłużej. Odpoczywają od codzienności, relaksują się tu czy tam. Sama w zeszłym roku wybrałam się ze znajomymi do Gdańska. Ale jest spora grupa ludzi, która z różnych względów zostaje w swoim mieście - czasem jest to brak wolnego w pracy, czasem względy finansowe, różne zobowiązania czy szeroko pojęte lenistwo i domolubstwo.
Jest jakaś odgórna presja na wyjeżdżanie gdziekolwiek, nawet do miejscowości 20km dalej od naszej, byle tylko gdzieś być w majówkę. A przecież nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby odpocząć. W tym roku zdecydowaliśmy, że zostajemy w Lublinie, nie ruszamy się nawet do rodzinnych miejscowości. Bo przecież majówka w mieście też może być super. Wystarczy dobrze się zorganizować.

Najlepszą opcją na majówkę są dla mnie przede wszystkim leniwe poranki. Kiedy możesz sobie spokojnie usiąść przy śniadaniu i kawie, przeglądnąć inernety, poczytać książkę. Zrobić cokolwiek, co trudno jest robić w tygodniu, kiedy poranek zdominowany jest przez ciągły pośpiech. Później chwila byczenia się na kanapie przy serialu i - jeśli pogoda na to pozwala - spacer gdzieś w zielone.

Sporo osób, które w majówkę postawiły na swoje cztery kąty, decydują się na piknik. Jeśli oczywiście pogoda na to pozwala. W tym roku słońce nas nie oszczędza, dlatego takie popołudnie na kocyku, gdzieś w parku, to super opcja. 


Nie ma na świecie nic lepszego, niż jedzenie, dlatego też na taki piknik warto zabrać trochę prowiantu, zwłaszcza gdy popołudnie na łonie natury zakłada też aktywność fizyczną w postaci choćby tenisa czy zabawy z psem. Mogą to być gotowe słodycze i przekąski, ale także domowej roboty sałatki czy na przykład chipsy warzywne. Można je przygotować praktycznie ze wszystkiego - buraka, marchewki, selera, cukinii czy chociażby jarmużu.



Tak spędzony majówkowy czas to świetny reset dla naszego umysłu. Więc nawet jeśli w tym roku nigdzie nie wyjeżdżacie - nic straconego!



Jak spędzacie prawdopodobnie najdłuższą majówkę ostatnich lat?





NAJLEPSZE KREMY DO RĄK - ODKRYCIA ZIMY 2017/18

NAJLEPSZE KREMY DO RĄK - ODKRYCIA ZIMY 2017/18


Jedno z moich postanowień urodowych na 2018 rok (miał być o tym post, ale szło mi to jak krew z nosa, a teraz jest już prawie luty) jest przykładanie większej wagi do pielęgnacji dłoni i stóp. Co do tego pierwszego, raczej staram się regularnie używać kremów do rąk, ale muszę przyznać, że większości z nich nie znoszę. Moje dłonie, twarz i ciało nie należą do tych, co wchłaniają wszystko w sekundę. Zwykle muszę czekać nawet kilkanaście minut, a kosmetyki do twarzy i dłoni znikają bez śladu dopiero, jak je zetrę. Dlatego o ile twarz mogę przypudrować, to dłoni już nie, więc kremów do rąk używałam głównie na noc. Od pewnego czasu mam w torebce dwie perełki, które śmiało mogę uznać za ulubieńców mojego życia.

1. Neutrogena - szybko wchłaniający się krem do rąk

To nie jest żart. Ten krem wchłania się w ekspresowym tempie i nie muszę przez 20 minut po aplikacji wycierać dłoni o spodnie. Do tego w promocji można go znaleźć za mniej niż 10 zł (ja swój kupiłam za ok. 7), więc mamy niską cenę i super działanie. Krem ma lekką, ale nie lejącą formułę, nakłada się go jak masełko, wchłania się w sekundę i do tego wspaniale pachnie! Dla mnie będzie on idealny zarówno na teraz, jak i na ciepłe miesiące. Dłonie są po nim gładkie, miękkie i o wiele mniej zaczerwienione. Nic więcej nie muszę mówić - po prostu polecam spróbować. Nie pożałujecie, gwarantuję.




2. Cien -  SOS Hand Concentrate

Tak, to jest krem z Lidla. I jest najlepszy na świecie. Ten z Neutrogeny jest po prostu dobry, dobrze się wchłania i ładnie pachnie. SOS Hand Konzentrat z Cien jest genialny. W tym roku moje dłonie zemściły się na mnie za przeprowadzkę do miasta o najtwardszej wodzie świata i za chodzenie w jesiennych rękawiczkach do połowy stycznia. Były zaczerwienione, wysuszone na wiór, skórę mogła odrywać z nich płatami. Do tego niemiłosiernie piekły i wyglądały po prostu nieestetycznie. Ciągle pilnowałam, żeby chować je przed ludźmi. W końcu moja ciocia poleciła mi ten krem. I to był prawdziwy cud. Zrobiłam dokładnie tak, jak mi kazała - wysmarowałam całe dłonie, wsadziłam w rękawiczki i poszłam spać. Rano obudziłam się, a moje ręce były jak nowe. Dosłownie, jakby zrzuciły skórę przez noc. Miękkie, gładkie, jasne. Później stosowałam go na noc jeszcze kilka dni (już bez rękawiczek) i zniknęło całe zaczerwienienie, pieczenie i wszystko, co złe.
Jeśli macie mega zniszczone i suche dłonie, zaraz po aplikacji poczujecie szczypanie, ale spokojnie - tak ma być. Później krem się wchłania i zaczyna robić swoje. W składzie ma głównie glicerynę, więc ma bardziej bezbarwny kolor, niż inne kremy do rąk. Dodatkowo warto zauważyć jego cenę - ok. 3 zł za coś tak wspaniałego. Coś, co uratowało moje dłonie. Gorąco polecam Wam sprawdzić ten krem - ostatecznie stracicie tylko kilka złotych ;)



Znacie któryś z tych kremów? A może polecicie jakiś inny, który szybko się wchłania i jest tak genialny jak ta dwójka?
Pozdrawiam Was gorąco i do zobaczenia niedługo!
KOSMETYCZNY TOP 10 ROKU 2017

KOSMETYCZNY TOP 10 ROKU 2017


Też macie wrażenie, że czas megaszybko ucieka? Mam wrażenie, że rok 2017 dopiero się zaczął, a już dobiega końca i blogosferę zalewają posty o hitach kosmetycznych i niekosmetycznych. Piszecie o tym, co Was zachwyciło w ciągu tych 365 dni, czasem też co rozczarowało. Ja też przygotowałam dla Was zestawienie moich kosmetycznych ulubieńców i od razu słowo wyjaśnienia - niektóre elementy na zdjęciach wyglądają jakby były doklejone, dlatego, że faktycznie są. Jestem mentalną amebą, jak już pewnie wiecie, i zapomniałam uwzględnić na zdjęciach peelingu z Dermedic. Dodatkowo pomyliłam bazy. Na karteczce z planem postów miałam zapisane "baza Smashbox" i chwyciłam nie tę, co trzeba. Z początku chciałam ją zostawić, ale to zdecydowanie nie był mój ulubieniec, a nie chciałam na siłę szukać jej zalet na potrzeby posta. Dlatego właśnie te dwa produkty są dofotoszopowane do zdjęć, za co przepraszam, ale chyba lepsze to, niż kłamanie że inna baza jest super :D


1. Too cool for school - Egg mousse soap - pianka do twarzy w formie musu to moje odkrycie i mój drugi must have po piance z Pharmaceris. Mniejsza wersja wystarcza na naprawdę długo, a sama pianka jest delikatna, ściąga twarz, ale nie jakoś inwazyjnie - nic mnie po niej nie piecze, nie ciągnie, nie powoduje dyskomfortu. Nie zauważyłam też żadnego wysypu czy przesuszenia skóry, co czasem robią mi żele do twarzy. Słowem - świetna pianka, wydajna i delikatna. Używam jej rano do przemycia nocnych zanieczyszczeń.

2. Dermedic - Płyn micelarny - o nim pisałam już chyba wielokrotnie. Obok Evree to mój ogromny ulubieniec. Nie piecze w oczy, dobrze zmywa nocne zabrudzenia (nie używam miceli to demakijażu, bo to absurd), do tego dobrze nawilża i nawadnia skórę, przez co jest miękka i nie piecze :)

3. Smashbox - Photo finish pore minimizing primer - pewnie też już o niej pisałam, ale to jest dla mnie najlepsza baza na świecie. Mam białą wersję tych smashboxowych tubek, mam ich water primer i nic tak nie trzyma makijażu i nie wygładza cery jak ta fioletowa baza.

4. Nivea Hair Milk - spray do włosów cienkich - spray jest dobrą alternatywą dla włosów suchych, zniszczonych, ale skłonnych do przeciążania. Jest to odżywka bez spłukiwania, którą pryskamy wilgotne włosy (polecam robić to nad wanną, inaczej ofaflunicie sobie całą łazienkę i jeszcze się będziecie ślizgać po podłodze). W moim przypadku ułatwia znacznie rozczesywanie - zwłaszcza teraz, kiedy moje szalikowoczapkowopłaszczowozimowe włosy to jeden dred. Włos są dociążone, ale nie obciążone. Spray można używać na "gołe" umyte włosy, jak i po użyciu odżywki d/s. Naprawdę Nivea zrobiła coś dobrego dla świata, cała seria Hair Milk jest genialna.

5. Dermedic - Peeling enzymatyczny - Moje poszukiwania dobrego peelingu enzymatycznego, który nie jest w jednorazowych saszetkach, zawsze kończyło się fiaskiem. W końcu postawiłam na stary dobry Dermedic, mając na uwadze to, że nigdy nic z tej firmy mnie nie zawiodło. I to była kolejna dobra decyzja. Peeling jest łagodny, ale skuteczny. Usuwa wszystkie suche skórki, zmniejsza widoczność blizn i przebarwień, a wszystkie maski i kremy później lepiej się wchłaniają. Peeling trzyma się na twarzy ok. 20 minut, więc ja zazwyczaj nakładam go przed prysznicem, w tym czasie robię sobie herbatę, przygotowuję się na kolejny dzień, a później zmywam go pod prysznicem i przemywam twarz żelem. Nigdy nie zrobił mi żadnej krzywdy, nie jest w żaden sposób agresywny. Polecam gorąco, jeśli nie lubicie latać co chwilę po nowe saszetki za milion złotych. Peeling jest wydajny.


6. Golden Rose -Matte Cryon Lipstick kolor 24 - marchewkowa pomadka, która świetnie wygląda na ciepłej karnacji, była moim towarzyszem od wiosny i towarzyszy mi nadal. Ma bardzo ciepły kolor, pasuje do wielu makijaży i stylizacji, podkreśla zielone oczy i mam wrażenie, że w ogóle rozpromienia skórę. Zdecydowanie najczęściej była na moich ustach w tym roku!

7. Urban Decay - Naked Basics - paletkę dostałam w prezencie od mojej przyjaciółki i naprawdę się przydaje. Kolory są neutralne, ale da się za ich pomocą zrobić delikatny, jak i wieczorowy makijaż, choć do prawdziwie wieczorowego przyda się jeszcze jakiś dodatkowy błysk. Tak, czy inaczej, gwałciłam tę paletkę przez cały rok, gwałcę ją teraz i gwałcić jeszcze będę :D Najjaśniejszy kolor oczywiście jest już wydrapany, ale cała reszta jeszcze długo mi posłuży.

8. Nyx - kredka do oczu Slim Eye Pencil kolor 915 Taupe - najlepsza kredka do brwi jaką kiedykolwiek miałam. Świetnie się rozprowadza, jest miękka ale nie za bardzo, ma wspaniały kolor - ciepły ale nie rudy. Trzyma się bez żadnych problemów cały dzień. Jedyną jej wadą jest to, że jest kompletnie niewydajna, ale myślę, że warto i będę ją kupować namiętnie jeszcze przez długi czas, nawet nie szukam innej.

9. The Balm - Mary Lou Manizer - rozświetlacz, który również dostałam w prezencie i jestem równie zachwycona. Tworzy na twarzy wspaniałą taflę. Na pewno wszyscy dobrze go znacie, wiecie jak wspaniale się prezentuje. Przez cały rok używałam jego na zmianę z rozświetlaczem z Lovely. jest to dobry tańszy odpowiednik. ;)

10. Sally Hansen - Maximum Growth - do odżywek z SH byłam specyficznie nastawiona, bo czytałam dużo opinii, że buble. Na jedej z rossmanowych promocji dałam szansę tej powodującej wzrost paznokci. Używałam jej regularnie i byłam zachwycona. Moje paznokcie urosły niesamowicie, nie łamały się, były elastyczne. Teraz jest zima, mam niedobory wszystkiego i po skróceniu paznokci już tak wspaniale nie rosną, ale rozpoczęłam na nowo kurację SH i widzę powoli efekty. Dla potwierdzenia moich słów, wrzucam zdjęcie moich listopadowych paznokci, chyba to mój rekord jeśli chodzi o ich długość :)

To nie jest reklama Perły ani nie chwalę się zaręczynami - pierścionek nie jest mój :D


Jestem bardzo ciekawa, jakich macie ulubieńców w tym roku?
Do zobaczenia!

Na BNS macie zestawienie niekosmetycznych hitów minionego już prawie roku.



WIGILIJNE DEKORACJE

WIGILIJNE DEKORACJE


Od października pierwszy raz mieszkam z moim chłopakiem, bez współlokatorów i mamy pełną dowolność umeblowania. Więcej o całym procesie przeprowadzki dowiedzie się z drugiego bloga, już teraz zapraszam na BNS!

Lubię czas świąt, ten cały zgiełk i morze dodatków. Lubię też dekorować wszystko, co znajdę. I choć teraz nie do końca zgadzał się nam hajs (kupienie mebli, opłacenie całej papierologii mieszkaniowej, etc. meh), dałam radę choć trochę "uświątecznić" nasze małe M. Jeśli jesteście ciekawi, jak to wygląda u mnie, zapraszam! Może akurat coś Was zainspiruje :)


Latarenki kupiłam w Jysku, z tego co pamiętam były jeszcze srebrne. Zwierzaczki z tabliczkami złapałam w Pepco na promocji za jakieś 3zł, także deal życia. Są urocze, lisek stoi w sypialni, pingwinek macha do nas z kuchni. Świeczki są z Tesco, po tym jak w Ikei komplet świec w różnych rozmiarach wyszedł w ciągu kilku dni, znalazłam alternatywę i jestem bardzo zadowolona!


Nie wyobrażam sobie świąt bez świątecznych serwetek i aromatycznych, korzennych pierniczków. Zawsze część trzymam w słoiczku na stole (znikają w ciągu kilku minut :P), a resztę zamykam szczelnie przed moim głodzisławem :D


Koraliki choinkowe wyglądają dla mnie koszmarnie na choince, ale stanowią doskonałą dekorację w domu, tak więc u mnie leżą na szafce w salonie, oplatając inne bibeloty. Do tego oczywiście zapalone Cotton Balls i klimat jak znalazł.


Czapki świętego Mikołaja kupiłam w jakimś markecie za niecałe 3 zł (druga stoi na parapecie). Mamy póki co maleńką choinkę, w przyszłym roku na pewno znajdziemy miejsce na większą i kto wie - może tym razem żywą ;)



Może to trochę skromne udekorowanie domu, ale nam wystarcza i tworzy wspaniały świąteczny klimat. Jak jest u Was z dekoracjami? Macie więcej (stroiki, skarpety na prezenty, światełka na oknach) czy stawiacie na minimalizm? 


JAK PAKOWAĆ ŻEBY NIE ZWARIOWAĆ

JAK PAKOWAĆ ŻEBY NIE ZWARIOWAĆ



Dużo widzę w sieci poradników na temat pomysłów na prezent dla niej/niego, ale zdecydowanie mniej miejsca poświęcone jest temu, w co te pomysły później spakować. Dobrym rozwiązaniem jest po prostu wsadzenie ich w torebkę kupioną w markecie albo zlecenie pakowania miłej pani na wysepce w galerii, ale jako pakowaniowy freak uwielbiam wszystko robić sama. Sprawia mi radość to, że mogę komuś ładnie opakować prezent i dzisiaj przygotowałam miniporadnikotutorial na temat właśnie „zawijania” (tak, nie mam więcej słów na „pakować”) prezentów. No to gou!

1      PRZYDATNE DODATKI

Pakowanie to nie tylko ładny papier i wstążka. Na rynku jest wiele bzdetów i kolorowych dodatków, które mogą w prosty sposób dopracować naszą paczkę. Jednym z nich jest dziurkacz ozdobny, który nie robi nam standardowego otworu, ale pozwala wyciąć różne kształty, takie jak serduszka, słoneczka, mam gdzieś nawet pieska, kota i delfina. Do pakowania prezentów w tym roku wybrałam wersję z koniczynką, bo najbardziej przypomina okrąg i łatwo będzie przełożyć przez nią wstążkę. Inną opcją są zawieszki-etykiety. Moje akurat pochodzą z bloga onelittlesmile, dobrze jest wydrukować je na grubszym papierze. W sklepach jest też dużo naklejek i samoprzylepnych tasiemek, którymi możecie ozdobić paczki. Jeszcze jednym elementem, który uwielbiam, jest lniany sznurek. Pasuje do każdego papieru, idealnie wyglądają z nim zawieszki, a cały prezent będzie wyglądał industrialnie, niszowo, ale mega elegancko.



2    STANDARDOWY KSZTAŁT

Kiedy kupimy książkę albo coś zapakowanego firmowo w prostokątne pudełko, problemu z pakowaniem w zasadzie nie ma. Sposoby pakowania są różne, ja prezentuję Wam mój sposób. Osobiście wolę używać do pakowania taśmy dwustronnej, niż klasycznej, bo jest niewidoczna i wszystko wygląda estetycznie.


Przepraszam za ziarniste filmiki o jakości ziemniaka, ale światło za nic nie chciało współpracować.




3      PREZENT – CUKIEREK

Zdarza się, że kupimy coś niewymiarowego, co trudno zapakować tradycyjnie. W przypadku kształtu walca (jeśli chcemy sprezentować komuś świecznik, jakiś kosmetyk do twarzy albo coś zapakowanego firmowo w taki kształt), u mnie dobrze sprawdza się „cukierek”. Robię go podobnie, jak klasyczną paczkę - jeden brzeg wyklejam przy samych krawędziach taśmą dwustronną, a potem ciasno zawijam jak naleśnika. Ważne jest, aby sznurek zawiązać bardzo ciasno przy produkcie (stąd to złozbliżenie na filmie), wtedy będzie się dobrze trzymać i lepiej wyglądać. Sznurek można dodatkowo obwiązać ozdobną wstążką, ale równie dobrze może zostać sam.

 Sam prezent jest cenzurowany, bo musi pozostać tajemnicą do gwiazdki :D






      TOREBKA Z PAPIERU

Jeśli kupimy coś naprawdę bezkształtnego, jak np. figurkę czy zestaw do fondue, można go wpakować do najzwyklejszej torebki prezentowej, ale też zrobić taką samemu. Ja wolę takie rozwiązanie, choć jeszcze nigdy nie wyszła mi idealnie. Kluczem jest, żeby uzyskać jak najbardziej kwadratowy spód, wtedy torebka będzie stała stabilnie. Poniżej filmik instruktażowy. Dajcie mi przy okazji znać, co myślicie o takich filmach i czy w ogóle coś da się z nich wynieść. Każda opinia przyda się do budowania bloga na nowo ;)





5.      Moim ulubionym ostatnio sposobem pakowania jest wykorzystanie zwykłego szarego papieru, sznurka lnianego i ozdobnych zawieszek. Nie umiem wyjaśnić, dlaczego tak mi się to podoba, ale wygląda niesamowicie urbanistycznie i minimalistycznie, zachowując przy tym pewną ekstrawagancję. Do tego już nie trzeba żadnego filmu, procedura pakowania jest dokładnie taka sama jak w poprzednich przykładach. Trzeba jednak pamiętać o tym, że szary papier jest sztywniejszy i trzeba będzie się umęczyć z cukierkiem, za to o wiele łatwiej będzie z niego zrobić torebkę ;)



Tak zapakowane prezenty na pewno zrobią dobrą dekorację świąteczną i sprawią radość odpakowywania Waszym najbliższym!
Dajcie znać, jak jest w Waszym przypadku, wolicie tradycyjne wkładanie prezentu do torebki czy wymyślacie i kombinujecie tak jak ja? Tymczasem do zobaczenia i owocnego pakowania!




A na BNS (mój drugim blog) wjechała pogadanka na temat świąt i całej ceregieli z nimi związanej, zapraszam!
NOWY ROK, NOWA JA

NOWY ROK, NOWA JA


Co prawda rok jeszcze się nie skończył, ale po wszystkich życiowych zawirowaniach, przeprowadzkach, adaptacji do nowej sytuacji, w końcu podjęłam decyzję o reaktywacji mojej blogowej twórczości. Zarówno tu, jak i na drugim blogu, który porzuciłam w mniejszym stopniu, ale jednak. Blogowanie sprawia mi radość i w ciągu tych kilku miesięcy impasu zatęskniłam za regularnym pisaniem. 

Postaram się, aby było mnie jeszcze więcej i jeszcze lepiej, niż do tej pory, ale wiecie - nic nie obiecuję. Jak zawsze.

Życzę sobie mimo wszystko systematyczności, bo - jak pewnie doskonale wiecie - sprawia mi to trudność, nie tylko w sferze blogowania. Mam teraz jednak trochę więcej energii do działania i lepszą motywację, dlatego postaram się, aby było jak najlepiej! Zapraszam też na moją stronę na FB, gdzie -mam nadzieję - będzie się działo więcej i więcej. Zaglądajcie też na mojego drugiego bloga, gdzie będę serwować Wam dawkę specyficznego humoru, hybrydę felietonu i prywatnych dywagacji, a także zestawienia rzeczy wartych uwagi. Tylko wiecie - tam nie ma zbyt wielu kolorowych obrazków, trzeba raczej coś poczytać.

Dobrego wieczoru i do rychłego zobaczenia!

OCHRONA UV 2017

OCHRONA UV 2017


Cześć Prosiaczki! Choć pogoda za oknem nie zachęca do szalonego plażowania, o ochronę przeciwsłoneczną warto dbać w okresie letnim szczególnie. Wtedy, kiedy słońce jest bliżej Ziemi, do naszych ciał dociera więcej szkodliwych promieni UVA i UVB. Ale to już na pewno wiecie. Zapraszam dzisiaj na przegląd moich tegorocznych pomocników!


DERMEDIC NA CO DZIEŃ I NA KRYZYS


Kiedy zaczyna się robić ciepło, ale jeszcze nie gorąco, używam SPF 30. Odkrywamy ciało, ale jeszcze nie aż tak, aby używać "pięćdziesiątek". Do codziennej pielęgnacji używam w tym roku zestawu Dermedic Sunbrella. Pierwszy z nich ma wspomniany filtr, drugi to ratunek po przedawkowaniu słońca, tzw. chłodzące SOS. Póki co jeszcze go nie używałam, bo rzadko się przypalam :D



NA INTENSYWNY SMAŻING

Nie wyobrażam sobie leżenia na pełnym słońcu bez użycia filtra SPF 50. Dawniej używałam Bielenda Bikini, które teraz zmieniło opakowanie, ale formuła została chyba taka sama. Bardzo go lubię i używam także tego lata :) Nowością jest u mnie suchy olejek z Pharmaceris. Kupiłam go na ślepo, bo nie było o nim żadnej opinii i póki co sprawdza mi się świetnie! Nie wchłania się całkowicie, dlatego nie nada się pod ubrania, tylko na klasyczny leżing. :)



TWARZ TEŻ SIĘ LICZY!

Skóra na twarzy jest cieńsza i delikatniejsza niż ta na reszcie ciała. Dlatego trzeba o nią szczególnie dbać. Przez cały rok! U mnie wiosną i jesienią podstawą jest SPF 30 od Bielenda Bikini, natomiast do plażingu w tym roku kupiłam sobie SPF 50 od La Roch Posay, z kolorem. Wolałam "czysty", ale nie mogłam znaleźć. Kolor jest dla mnie za jasny, ale szybko się wtapia, a sam krem daje naturalny blask :)


I to by było na tyle. Jak u Was z ochroną UV? Macie jakieś nowości albo starych ulubieńców? :)




Copyright © 2014 Live Positive! , Blogger