środa, 19 kwietnia 2017

ULUBIONE MARKI - BALEA


Cześć! Ostatnio rzadko tu bywam, ale - jak to mówią - lepiej tak, niż wcale. Dziś mam dla Was przegląd kolejnej mojej ulubionej marki kosmetycznej, niestety niedostępnej w Polsce. Jest to marka Balea. Jeśli jesteście ciekawi, zapraszam!


BALSAMY DO CIAŁA

To jest hit wśród hitów! Przynajmniej dla mnie, wiem, że wiele z Was nie lubi lejącej konsystencji. Ja właśnie za nią przepadam, bo szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Do tego wszystkie produkty Balea pięknie pachną! No cudownie, mogłabym siedzieć i wąchać! Zarówno małe "tubki" jak i te większe butle, mają tę samą konsystencję, czyli bardziej lotion niż treściwy balsam. Ta pośrodku (druga od lewej) jest bardziej olejowy. Drugi od prawej posiada złote drobinki, które naprawdę baaardzo się mienią na skórze. O wersji Magic Summer już Wam pisałam, że to świetny produkt brązujący :)
Balsamy, tak jak już mówiłam, są lekkie i szybko się wchłaniają, więc bardzo lubię używać ich rano. Nie kleją się do ubrań, a zapach utrzymuje się na skórze bardzo długo :) Przez to, że są takie leiste, są niesamowicie wydajne!





DEZODORANTY

Nie kocham ich tak mocno, jak innych produktów, niemniej jednak warto wspomnieć o tym, że zapachy to naprawdę sztos. Dwa po prawej to typowe dezodoranty zapachowe, które nie mają (tzn według producenta mają, ale tak naprawdę nie mają) żadnych właściwości ochronnych. Po prostu sobie pachną. Może dla mniej wymagających będą odpowiednie jako antyperspiranty, u mnie raczej jako pachnący dodatek. Ten po prawej jest mocno kokosowy i dla mnie zbyt duszący. Ten w środku to już typowy "anty", który nie ma jakiegoś super zapachu i sprawdza się nieźle, choć w tej kwestii jednak wolę inne marki. :)



PRODUKTY DO WŁOSÓW

Wiecie, jak lubię ten olejek na końcówki. Często o nim wspominam. Moja miłość do innych produktów narodziła się z czasem. Szampon z serii Oil Repair polubiłam za to, że dobrze oczyszcza, ale jednak pozostawia włosy "śliskie", jakby muśnięte silikonem. Z początku myślałam, że to problemy z domywaniem, ale tak po prostu działa i bardzo go lubię. Ma SLES, więc używam sporadycznie, co kilka myć. Z odżywką na początku się nie polubiłam. Wysuszyła mi włosy, zrobiły się sianowate i trudno było je rozczesać. Za drugim podejściem nałożyłam jej dużo więcej i włosy po wyschnięciu były miękkie, lejące i gładkie :) Teraz używam jej bardzo chętnie, często w połączeniu z odżywką z Isany.
Mam jeszcze rozjaśniający spray do blond włosów, o którym zapomniałam, a który naprawdę działał. Dopóki atomizer się nie popsuł. Oprócz tego mam też nawilżającą serię, ale jeszcze jej nie używałam. ;)



KREM DO RĄK

Kremu używa moja mama i bardzo dobrze jej się sprawdza. Ma fajną konsystencję, nie jest lejący, ale też nie tłusty. Ma oczywiście fajny zapach. :) Ma też faktor SPF (LSF 10 to mniej więcej tyle samo, co SPF 5). Nie jest to duża ochrona, ale zawsze ;)


I to by było na tyle ;) Dajcie znać, czy używacie tych produktów i czy lubicie tę markę :)
Ja już uciekam, trzymajcie się ciepło, buźka! :)


piątek, 7 kwietnia 2017

ULUBIEŃCY ZIMY 2016 / 17


Cześć! :) Dziś zapraszam Was na przegląd ulubieńców, które zawładnęły moim sercem tej zimy. Zapraszam!



Mówcie sobie co tam chcecie. Że brzydkie, że paskudne, że wyglądają fatalnie, że odejmują półtora metra wzrostu i że to obok Multipli najgorsze, co może być. Ale wiecie co? Nikomu nie było tej zimy tak ciepło w stopy jak mi. Od kiedy pamiętam, mam problem z lodowatymi stopami, którymi bardzo trudno dogodzić zimą. Przebrnęłam przez setki różnych butów, wszystkie możliwe materiały, ocieplenia, podbicia i wszystko inne. NIC. Nic mi nie zrobiło tak dobrze, jak te Ugi. Dlatego bez względu na to, jak źle wyglądają i jak fatalne są, to moi najwięksi zimowi ulubieńcy i w przyszłym roku na pewno będę dalej w nich człapać!


Pielęgnacja zimą jest dla mnie superważna. Żeby nie było, w inne pory roku też :P Oto kosmetyki, które tej zimy przyniosły mi radość:

1. Clinique Pep-start - ten krem to moje odkrycie. Gdyby tylko miał SPF, byłby moim Bogiem. Zimą używam go z kremem CC z Bourjois, latem niestety muszę go odstawić. Nawilża niesamowicie, od razu się wchłania, skóra jest supermiękka i nie przesusza się na mrozie. Mój hit hitów!

2. Krem zimowy Floslek Winter Care Spf 50+ - Tego pana używałam na wyjazdach, lub gdy wychodziłam na zewnątrz niepomalowana. Jest tłusty, ale nie zapycha. Czytałam dużo o efekcie bielenia skóry, ale on po kilku minutach znika i skóra wygląda jak po prostu posmarowana zwykłym kremem. Po jego zastosowaniu moja skóra wytrzymała siedem godzin na stoku i się nie posypała, więc wielki plus.

3. Maść z witaminą A - o niej pisałam już wielokrotnie. To mój kosmetyk do zadań specjalnych. Stosuję go na usta, znamiona, przesuszenia, oparzenia, a od kiedy poradziła mi tak kosmetyczka - również na skórki. Nic dodać, nic ująć :)

4. Stara Mydlarnia Serum z witaminą C - serum dostałam od mojego chłopaka i bardzo dobrze mi się sprawdziło. Łagodzi przebarwienia i fajnie nawilża cerę. Jedyny minus to przydatność po otwarciu, bo tylko 3 miesiące, ale nic więcej nie mam mu do zarzucenia :)


5. Balsam pod prysznic Eveline - kolejny mój hit hitów, który rozwiązał mój zimowy problem. W łazience mam światło zsynchronizowane z wentylacją, więc całe ciepło, które sobie naparuję gorącym prysznicem, momentalnie wywiewa. W związku z tym spory problem sprawia mi stanie nago w łazience i smarowanie się balsamami, bo zwyczajnie marznę. Któregoś razu kupiłam sobie balsam pod prysznic i to był strzał w 10! Nawilża, natłuszcza, zniknął problem AZS i marznięcia poza kabiną. Polecam bardzo serdecznie!

6. Balsam Evree Max Repair - klasycznych balsamów też zdarzało mi się używać i wśród nich zdecydowanym moim faworytem jest balsam z Evree. Jest odpowiednio tłusty, ale szybko się wchłania, skóra jest miękka i odżywiona, nie piecze też, jak to u mnie czasem bywa :)

7. Maska do włosów Dr Sante Argan Hair - Co tu dużo mówić, najlepsza maska ostatnich miesięcy. Jest gęsta i treściwa, nie trzeba trzymać jej bardzo długo, a efekt jest super - włosy dociążone, gładkie, miękkie i błyszczące. Jak dla mnie super :)



Kolorówka u mnie uboga, bo nie mam jakichś szczególnych wymagań, jeśli chodzi o zimę.

1. Nyx Soft Matte Lip Cream, kolor Abu Dhabi - zimą nie przepadam za mocnymi kolorami, bo wyglądają na mnie po prostu źle. Dlatego postawiłam na nudziak od Nyxa. Fajnie się nosi i daje bardzo naturalny kolor :)

2. Bourjois 123 Perfect CC cream - Tak jak już wspomniałam, używam go razem z Clinique. Niektórzy zimą lubią ciężkie podkłady, ale ja takich nie znoszę. Dla mnie to wygląda fatalnie, więc u mnie żadne rewlony czy dablłery. Lubię lekkie podkłady o średnim kryciu i taki własnie jest CC od Bourjois. Jest nieco cięższy od Healthy Mixa, dlatego używam go zimą i jestem zakochana ;)

3. Urban Decay Naked Basics - paletkę dostałam na urodziny od przyjaciółki. Ma fajne, naturalne kolory, cienie się dobrze blendują i można z nich zrobić zarówno makijaż dzienny jak i wieczorowy :)


Nie zabrakło także zimowych lakierów:

1. Golden Rose Wow, kolory 101 i 08 - połączenie bladego różu i baby blue to dla mnie idealne zestawienie na zimę, były to najczęściej maltretowane przeze mnie lakiery :P

2. Golden Rose, matowy top coat - odkryłam go dopiero zimą i przepadłam, nosiłam go baaardzo często. Co prawda lakier szybciej z nim odpadał, ale efekt jest tego warty :)

3. Golden Rose Rich Color, ko. 20 - u mnie był to kolor "wyjściowy", który stosowałam na wieczór lub kiedy po prosu chciałam być bardziej glamour :P Podoba mi się jego konsystencja i wykończenie - ni to matowe, ni satynowe ;)

4. Golden Rose Miss Selene 167 - Idelany lakier z drobinkami, które wspaniale imitują płatki śniegu. Do żadnej innej pory roku mi tak nie pasuje jak do zimy :)

5. Odżywka do paznokci Wibo S.O.S Weak Nails - najlepsza jak do tej pory odżywka, jaką miałam. Przebija nawet Golden Rose.


Na koniec dwa oleje, które ratowały mi wielokrotnie skórę:

1. Evree Magic Rose olejek upiększający - cudowny olej, który bardzo szybko się wchłania, a rano cera jest miękka i promienna. Czasem nawet używałam go pod makijaż i sprawdził się super :)

2. Olej kokosowy - nic nie trzeba mówić, olej kokosowy jest najlepszy na wszystko. Uratował moją twarz, kiedy odpadała płatami.



I to by było na tyle. Dajcie znać, co Was zachwyciło tej zimy, ja już uciekam, trzymajcie się ciepło, buźka! :)

Na koniec jeszcze chciałabym Was poinformować, że powołałam do życia nowy blog, bardziej felietonistyczny, o tematyce lifestylowej, trochę życia, trochę kuchni, trochę wszystkiego ;)
Zapraszam Was serdecznie, jeśli lubicie czytać: Blondynkanaswoim. Buźka!

sobota, 25 marca 2017

ULUBIONE PRODUKTY BRĄZUJĄCE


Cześć Pierniczki! Mam dziś dla Was przegląd produktów brązujących, które u mnie sprawdzają się najlepiej. Jeśli tak jak ja lubicie być ciemni cały rok, zapraszam!



BALEA MAGIC SUMMER BODYLOTION

Ten balsam to moje odkrycie. Byłam pewna, że takie produkty jedynie "podbijają" opaleniznę i utrwalają ją. Balsam z Balea zawiera DHA i naprawdę nadaje kolor skórze! Jest to subtelna zmiana, ale rano widzę, że moja skóra jest nieco bardziej brązowa. Ten efekt nie wydaje mi się jakiś megatrwały, niemniej jednak jestem tym balsamem zachwycona i będę często do niego wracać :)




SORAYA AFTER SUN - ULTRANAWILŻAJĄCY BALSAM UTRWALAJĄCY OPALENIZNĘ

Ten balsam nie zawiera DHA, więc nie "opala" skóry trwale. Ma lekko brązowy kolor, który "osadza się" na skórze i delikatnie ją barwi. Całość utrzymuję się dość krótko, jednak ja ten balsam bardzo lubię. Używam go zarówno przed wyjściem, jako taki "szybki opalacz", jak i na noc. Produkt bardzo dobrze nawilża. Trzeba jednak poczekać, aż całkiem wyschnie, bo może barwić ubrania ;)





LIRENE DERMOPROGRAM MUS SAMOOPALAJĄCY

Wśród samoopalaczy, ten jest moim ulubieńcem. Nie żadne fejkbejki. Uwielbiam go, bo daje śliczny brązowy kolor, utrzymuje się cały tydzień i bardzo trudno jest sobie nim zrobić smugi. Ma formę pianki i jeśli chodzi o kolor i trwałość - to mój pionier. Ma jednak dwa istotne minusy. Pierwszy jest taki, że nie każdemu spodoba się jego zapach. Ja już do niego przywykłam. Drugi minus też nie każdemu będzie przeszkadzał - ogrom parabenów, w tym paraben etylowy, który może powodować nowotwory piersi. Dlatego właśnie bardzo ostrożnie się z nim obchodzę i nie pokrywam nim całego ciała. Poza tym, jest to naprawdę jeden z najlepszych produktów jakie mam ;)





BIELENDA BRĄZUJĄCA PIANKA DO CIAŁA

Dobry zamiennik pianki z Lirene. Jej ogromnym plusem jest brak parabenów, więc nie muszę się bawić w omijanie strategicznych partii mojego ciała. Pachnie mniej intensywnie niż Lirene. Ja mam wersję do ciemnej skóry, bo czytałam, że wersja do jasnej to porażka. Jeśli mam być szczera, moja pianka też nie daje spektakularnych efektów, jeśli mam ją porównywać z Lirene, ale ze względu na skład jestem jej fanką. Po prostu używam jej dwa razy w tygodniu ;)




I to by było na tyle ;) Dajcie znać, czy jesteście fanami sztucznej opalenizny i jakie produkty u Was się sprawdzają. A może używacie lekko brązujących balsamów zamiast samoopalaczy? :)
Ja już uciekam, trzymajcie się ciepło, buźka!






czwartek, 16 marca 2017

POZWÓL SKÓRZE ODDYCHAĆ!



Cześć wszystkim! Kilka dni temu marka Rabble zaproponowała mi, żebym napisała, jak dbam o swoją cerę. Tematem, jaki proponuje Rabble jest"Pozwól jej oddychać  - czyli sposób na zdrową cerę!!". Niedawno pisałam Wam, jak nawilżam i nawadniam twarz, a dziś pokażę Wam, jakich metod używam, aby zapewnić skórze oddech. Zapraszam!



MAKIJAŻ NA PÓŁ ETATU

Kiedyś malowałam się codziennie. Dzisiaj brzmi to strasznie i zastanawiam się, czy moje synapsy były dobrze połączone. Nawet, gdy nie wychodziłam z domu cały dzień, robiłam sobie pełny makijaż, bo uważałam, że bez niego jestem brzydka. A potem się dziwiłam, że moja skóra jest zapchana, zanieczyszczona i pełna syfów.
Cyrk na kółkach.
Potem zaczęłam dużo o tym czytać i doszłam do wniosku, że może jednak lepiej odpuścić te szpachlę. Dzisiaj nie maluję się, jeśli nie wychodzę do większej grupy ludzi lub na cały dzień. Zdejmuję też makijaż tak szybko jak mogę. I moja skóra jest mi wdzięczna, bo może spokojnie pooddychać powietrzem i nie jest taka zapchana.
Zwracam też uwagę na to, czym zmywam makijaż - używam lekkich płynów i olejków, ale to już wiecie ;)




ZŁUSZCZAJ, A BĘDZIE CI DANE

O tym, że skórę twarzy co jakiś czas trzeba złuszczać, nie muszę chyba nikomu mówić. Peelingi sprawiają, że zrzucamy "zbędną" skórę, a cera jest świeża, miękka i przede wszystkim dobrze oczyszczona z martwego naskórka i zanieczyszczeń. To sprawia, że dużo lepiej jej się "oddycha" ;)
Mam wrażliwą skórę, więc u mnie najlepiej sprawdzają się peelingi enzymatyczne, które nie wymagają pocierania. Moim ulubionym jest ten z Bielendy. Raz na jakiś czas (najczęściej po imprezie lub długich godzinach w autobusie/pociągu, kiedy nie mam możliwości umycia twarzy) pozwalam sobie na drobnoziarnisty peeling z Perfecty. Bardzo go lubię, bo nie podrażnia mojej skóry :)





CZARNA MOC, BAWEŁNIANA SIŁA

Każdy rodzaj cery potrzebuje porządnego oczyszczenia raz na jakiś czas. Tłusta, naczynkowa, przesuszona, wszystkie twarze zbierają sebum i brud. Odkryciem ostatniego roku są u mnie maseczki węglowe i peel-off'y. Carbo Detox z Bielendy to moja najukochańsza seria, jeśli chodzi o oczyszczanie, Wszelkie niedoskonałości szybko łagodnieją, skóra jest jak nowa. Zazwyczaj po takiej maseczce nie nakładam na nią żadnego kremu, etc, bo taka "goła" skóra najlepiej oddycha, przez co jest zdrowsza i ładniejsza :)
Kolejnym moim hitem są maski w płachcie. U mnie najlepiej sprawdzają się te koreańskie - są supernawilżające, a esencja, którą są nawilżone, nie jest lepka, tylko od razu się wchłania. Używam najczęściej masek z Holika Holika czy Skin 79. Możecie je dostać w Sephorze, Douglasie, czy w mniejszych drogeriach, które sprowadzają takie dziwności. Teraz dodatkowo portal Rabble ma dla Was 15 procent zniżki do Sephory - KLIK i aż 20 procent w Douglasie na pielęgnację dla mężczyzn, może nakłonicie swoich chłopaczków do dbania o siebie! - KLIK





NOCNA OPIEKA

Noc to czas, kiedy skóra może się zregenerować i odpocząć od makijażu, jest to więc świetny czas, żeby dokładnie o nią zadbać. Ja uwielbiam maski, które zostawia się na twarzy na całą noc, wtedy wiem, że jest maksymalnie odżywiana. Tutaj moim ulubieńcem jest maska z Origins Drink Up Intensive Overnight. Dostaniecie ją w Sephorce, miniaturka (2-3 użycia) kosztuje mniej niż 20 zł. Nie robię tego jednak często, bo maski takie są tłuste, a jednak skóra musi oddychać, zwłaszcza nocą. Dlatego na co dzień lubię lekkie kremy takie, jak ten z Vianka, jednak najczęściej sięgam po sera. Wtedy czuję, jakbym nic nie miała na twarzy. Moim ulubieńcem jest serum ze Starej Mydlarni, wzbogacone witaminą C. Sprawdza się u mnie niesamowicie, rano moja twarz jest promienna i ujednolicona. I nigdy nie spotykam się z nocnym wysypem :)




I to by było na tyle :) Dajcie znać, co Wy robicie, aby zapewnić skórze oddech? A może zapominacie, że ona też potrzebuje powietrza? 




Pozdrawiam Was ciepło, buźka! :)






piątek, 3 marca 2017

40 MIESIĘCY BEZ FARBOWANIA WŁOSÓW


Cześć Króliczki! W końcu jestem! Zdałam wszystkie egzaminy, napisałam dwa rozdziały pracy i w końcu mogę się czymś zająć ;) Planowałam inny post, ale on może jeszcze poczekać. Jakiś czas temu policzyłam, że wraz z końcem lutego minęło równe 40 miesięcy od kiedy ostatni raz farbowałam włosy. Jeśli jesteście ciekawi, jak zmieniły się od tego czasu, zapraszam :)

Włosy ostatni raz farbowałam w październiku 2013 roku. Wtedy przyszedł moment, kiedy zauważyłam, że moje włosy przypominają siano i za nic nie chcą rosnąć. Podjęłam decyzje o powrocie do naturalnego, szaromysiego polskiego blondu. Tak prezentowały się mniej więcej w tym okresie:


Na zdjęciach widać, że wpadały w rudoczerwone tony (które z czasem wypłukały się do koloru jajka), były suche i niekoniecznie długie. Postanowiłam zapuszczać stopniowanie i grzywkę i za nic nie farbować. Czy mi się udało?
I tak i nie.

Choć od 40 miesięcy nie używałam żadnej farby do włosów, miałam krótką przygodę z rumiankiem (płukałam nim włosy przez miesiąc jakoś w zeszłym roku, bo nie chciałam stracić blondu ani zdrowych włosów) i jeszcze krótką ze sprayem rozjaśniającym z Balea na bazie wody utlenionej. Co prawda żadne z nich nie zniszczyło mi włosów, odrost zaczął się tworzyć na nowo (nawet po rumiaku!). Poza tymi dwoma ekscesami, uparcie włosy odżywiałam, smarowałam, olejowałam i robiłam wszystko, co tylko mogłam, żeby odzyskały dobrą kondycję. Jednocześnie starałam się czasem zastosować coś z rumiankiem, żeby delikatnie podbić blod, który został i rozjaśnić odrost, ale były to odżywki lub szampony, nic bardziej agresywnego.

W lutym 2017 roku moje włosy prezentują się dużo lepiej, choć po zimie mam mocno zniszczone końcówki, a umówienie się do fryzjerki zawsze odkładam na jutro. Niemniej jednak dziś jestem z nich zadowolona, odrost ładnie stapia się z farba (choć nic nie robiłam w tym kierunku, samo się tak stało), całość jest nawet dobrze zgradientowana i nie ma już żółtkowej poświaty.


Po lewej zdjęcie z zasłoniętą roletą na oknie, po prawej - z odsłoniętą. Poniżej zdjęcie przy samym oknie, więc w dziennym świetle. Widać na nim zimowy ból na końcówkach


Odrosty są w kolorze szarego, mysiego blondu, którego nie lubię i chciałabym znaleźć sposób, żeby rozjaśnić włosy w naturalny sposób, ale bez odrostów :D Teraz są też dużo gładsze niż wtedy i parząc na nie, myślę, że warto było odżałować te tony pieniędzy na wszystkie odżywki i oczywiście na moją fryzjerkę, która wie, ile to centymetr ;)

A Wy farbujecie włosy czy wracacie do naturalsów? A może nigdy nie używaliście farby? ;)

Ja już uciekam, trzymajcie się ciepło, buźka!



czwartek, 16 lutego 2017

JAK SPAKOWAĆ KOSMETYCZKĘ NA WYJAZD


Cześć kochani! :) Dziś mam dla Was kilka moich sposobów na spakowanie kosmetyczki na kilkudniowy wyjazd. Zapraszam :)



MINIATURKI

Dla podróżujących to jest rzecz naturalna, że zamiast targać ze sobą całe butle szamponów czy żeli lepiej wziąć coś na kilka razy, co zużyjemy w trakcie wyjazdu. U mnie świetnie sprawdza się przede wszystkim szampon z Babydream (kupiłam raz i przelewam z dużego Bbd jak wyjeżdżam) i odżywki z serii Gliss Kur, które starczają mi na jedno mycie włosów :) Do tego mini micel z Biodermy, którego nie lubię, ale używam na wyjazdach, aż się skońćzy, wtedy będę sobie przelewać swoje ulubione. Zawsze zabieram ze sobą też miniaturkę żelu/płynu do higieny intymnej, tutaj dodatkowo znalazł się krem pod oczy i żel do twarzy z Clinique ;)




PEŁNOWARTOŚCIOWE, ALE MAŁE

Kiedy wyjeżdżamy na 1-2 dni nie ma najmniejszego problemu z wzięciem miniaturki żelu pod prysznic czy toniku. W przypadku wyjazdu na min. 5-6 dni branie miniaturek żelu się nie opłaca, przynajmniej u mnie :D Dlatego kupuje żele pełnowartościowe, ale o mniejszej pojemności niż te, których używam w domu. Tak samo robię z żelami do twarzy i tonikami. Biorę także waciki i produkt, który może być wielofunkcyjny. Serum z Dermedic używałam rano jako serum i wieczorem jako krem na noc.




MINIMALIZM 

Pakując kosmetyki kolorowe, staram się jak najbardziej skondensować ich ilość. Wybieram takie paletki cieni, żebym mogła jednego z nich użyć jako bronzera, jednego jako rozświetlacza. Tak samo robię z pędzlami - szukam takiego, który będzie dla mnie wielofunkcyjny. Rezygnuję także z pomady do brwi, zastępując ją kredką, która zaoszczędzi mi kolejny pędzel oraz z linera, który wcale nie jest mi niezbędny. Do tego wybieram tylko jedną pomadkę do ust, którą mogę męczyć cały wyjazd. Minimalizm to klucz do sukcesu pakowania się :P




PRÓBKI

To kolejny punkt, bez którego nie wyobrażam sobie wyjazdu, Kolekcjonuje próbki z gazet, aptek i perfumerii, aby wykorzystać je na wyjeździe. Nie muszę dzięki temu brać ogromnego balsamu do ciała ani bawić się w przelewanie go do mniejszych pojemniczków (nie znoszę przelewania produktów do tych samolotowych kubeczków). Lubię zabierać ze sobą próbki balsamów do ciała, kremów do rąk i twarzy, a także saszetki z peelingami ;)



I to by było na tyle, dajcie znać, jaki jest Wasz sposób na pakowanie kosmetyków, ja już uciekam, trzymajcie się ciepło, buźka! 







czwartek, 9 lutego 2017

MOJA WALKA Z PRZESUSZONĄ / ODWODNIONĄ CERĄ


Cześć Prosiaczki! ;) Przychodzę do Was dzisiaj z przeglądem kosmetyków, które uratowały moją twarz przed osypaniem się. Od razu też zaznaczam, że nie mam profesjonalnej wiedzy ani wykształcenia w zakresie dermatologii czy kosmetologii, dlatego też post nie nazywa się "sposoby na...", ale "moja walka" i własnie o tym chcę Wam napisać. Może akurat jeden z moich sposobów sprawdzi się tez u Was ;) Zapraszam!



ZACZĘŁO SIĘ PRZYPADKIEM

Dawno, dawno temu... Nie, jakoś na początku jesieni przypadkowo weszłam do Douglasa, pooglądać kolorowe opakowania. W środku zaczepiła mnie babeczka, która zaproponowała mi darmowe badanie skóry. No to usiadłam obok drugiej babeczki, która zaczęła jeździć po mojej twarzy gumowym mikrofonem. Okazało się, że poziom nawilżenia mojej skóry jest bliski zeru. Pani powiedziała, że powinnam się już dawno pokruszyć i spytała o moją pielęgnację. Kiedy wymieniłam wszystko, nakrzyczała na mnie za to, że nie używam toników i jak tak można. Mam traumę po stosowaniu klejących się i śmierdzących toników z Ziaji, Yves Rocher, Nivei i Garniera, mimo to pobiegłam do Superharm i kupiłam tonik z Evree, który okazał się miłością mojego życia. Od tamtej pory nie rozstaję się z tonikami, choć na stan mojej cery zdecydowanie wpłynęło więcej czynników. Niemniej jednak tonik był pierwszym krokiem do zdrowej, miękkiej skóry :)
Obecnie używam dwóch toników - Evree i nawilżający z Bielendy. Oba są świetne i się nie kleją! <3





DEMAKIJAŻ OLEJKAMI

Żadne tam micele. Micele podrażniają i nie zmywają całego makijażu. Kiedyś, kiedy borykałam się z tłustą i jednocześnie - jak mi się wydawało - suchą skórą, panicznie bałam się olejków. "Ale jak to, na tłustą cerę jeszcze tłusty olejek? Nie zwariowałam jeszcze". Więc używałam wszelkich płynów micelarnych, a moja cera nadal była przetłuszczająca się i boleśnie ściągnięta zarazem. Któregoś dnia dałam szansę olejkowi do demakijażu z Evree i oszalałam. Cera była miękka, gładka i wyglądała naprawdę zdrowo, do tego nie bolała przy każdym ruchu, uśmiechu czy ziewaniu. Do tego od kiedy wprowadziłam pielęgnację olejową, moja cera jest mniej tłusta. Wniosek z tego taki, że brakowało jej warstwy zatrzymującej wodę i produkowała nadmiernie sebum. 
W taki sposób pokochałam demakijaż olejkami, nadal używam wspomnianego Evree, a kiedy jestem w domu rodzinnym do demakijażu służy mi olejek z Sephory i olej kokosowy. Zawsze po zrobieniu demakijażu oczyszczam twarz żelem.




ŻELE OCZYSZCZAJĄCE MUSZĄ BYĆ ŁAGODNE!

Kiedyś nie miałam pojęcia, jak duże spustoszenie sieją SLESy i SLSy na twarzy, która przecież jest tak delikatna, a moja to już w ogóle. Szorowałam więc się ostrymi, matującymi żelami, aż moja cera zaczęła się sypać. Później - w dużej mierze pod wpływem pani doktor z Douglasa - zaczęłam szukać czegoś łagodnego. Większość aptekarek i znajomych polecało mi Cetaphil, ale unikam parabenów jak ognia, a przecież cud-Cetaphil to parabeny zamknięte w butelce, dodatkowo nie używając wody do oczyszczania czuję się megabrudna i zanieczyszczona. Trafiłam na kremowy olejek z Ziaji, który okazał się wspaniałym zamiennikiem dla rakotwórczego cudu za pół stówki. Używałam go bardzo długo, aż pani w SuperPharm przyjrzała się mojej skórze i powiedziała, że najlepszą opcją dla mojej - nie dość, że odwodnionej to jeszcze wrażliwej - cery będą pianki myjące. Złapałam więc Pharmaceris z serii A, który także okazał się strzałem w 10! Używam go na przemian z Ziają, a teraz w ramach testu Ziaję zamieniłam na Biolaven :)




SERUM TO TAKI ZBĘDNY DODATEK

Tak sobie właśnie myślałam, mijając sera w drogeriach. Myślałam, że to dodatkowa pielęgnacja albo zamiennik kremów na dzień. Czy mogłam się aż tak mylić? Ano mogłam.
Bardzo długo nie miałam pojęcia, że istnieje coś takiego, jak odwodnienie skóry. Myślałam, że jestem jakimś szczególnym przypadkiem cery tłustej i suchej jednocześnie. Kiedyś zrobiłam sobie jakiś test online, który powiedział mi, że moja skóra może być mieszana i odwodniona. Pod spodem było wytłumaczenie, czym różni się odwodnienie od suchości. O, jakże mnie olśniło! Mojej skórze brakuje wody! Co zrobiłam?

Tak, pobiegłam do SuperPharm. Lubię aptekarki stamtąd, zawsze są miłe, znają się na rzeczy i zawsze dobrze doradzają :) Tym razem jednak dałam sobie radę sama i znalazłam jedno jedyne serum nawadniające, a nie nawilżające. Był to Dermedic. Używałam go kilka miesięcy, a teraz, kiedy moja skóra jest w lepszym stanie, stosuję go czasem na noc (znikają po nim pryszcze!), bo już się tak dobrze nie wchłania - moja skóra tyle nie potrzebuje. Dermedic to moje ulubione serum, poleciłam je mojej współlokatorce, której skóra odchodziła płatami i również u niej się sprawdziło :)
Ostatnio zaczęłam używać serum z witaminą C, które ma pomóc moim przebarwieniom oddelegować się z mojej twarzy. Po nim skóra również jest miękka i przyjemnie promienna :)




OLEJKI PIELĘGNACYJNE

Teraz, kiedy już wiem, że moja twarz potrzebuje wody, postanowiłam używać też czegoś, co tę wodę zatrzyma na dłużej. Z pomocą przychodzą mi wspomniane już wcześniej olejki do demakijażu, ale także te pielęgnacyjne. W tej kategorii mam dwóch ulubieńców - olejek z Evree Magic Rose i olejek z awokado. Pierwszy przyjemnie zmiękcza cerę, wchłania się przez noc, a rano skóra jest promienna i wygląda na bardzo wypoczętą (i nie piecze przy ziewaniu!). Oprócz tego olejek okropnie śmierdzi, ale jestem w stanie to znieść. Gdyby działał gorzej, pewnie bym go oddała.
Olejek z awokado jest bardziej tłusty i gorzej się wchłania, dlatego używam go rzadziej. Działa przeciwzapalnie, więc stosuję go, gdy mam jakieś większe niedoskonałości :)




MICEL NIE JAKO MICEL

Zmywanie makijażu płynem micelarnym zdarza mi się tylko na wyjazdach, bo boję się przewozić olejki w kosmetyczce. Generalnie nie lubię ich w tej roli, ale świetnie nadają się do odświeżania twarzy rano. Pisałam już o tym kilka razy. Dzięki temu moja skóra jest ładniejsza z rana, bo zdejmuję nadmiar sebum, do tego jakoś łatwiej mi ją przepłukać, wszystko schodzi razem z micelem. Obecnie używam dwóch, ale tylko jeden mam przy sobie - jest to Vianek i nawilżający micel z Evree :)




KREMY JAKO ZWIEŃCZENIE DZIEŁA

Dawniej wszystkie moje kremy wyświecały się po ok. 2 godzinach. Dzisiaj tego problemu prawie nie ma, bo po pierwsze, używam lepszych kosmetyków niż kiedyś, a po drugie, tonik robi całą robotę i przyspiesza wchłanianie kremu. Obecnie mam w swoich zapasach 2 kremy, latem dochodzi jeszcze Bielenda SPF 30 i Vichy SPF 50. O kremie Clinique rozpisałam się w poście o ulubieńcach stycznia i nie zmieniam zdania - cera wygląda wręcz idealnie. Na wiosnę zacznę znów stosować Pharmaceris SPF 20, bo moja skóra wymaga filtrów, kiedy zacznie przygrzewać słońce ;)




CO JESZCZE?

Przede wszystkim przestałam wysuszać moją mieszaną cerę. Nauczyłam się, że wszystkie te kosmetyki robią jeszcze większe szkody. Dlatego w ogóle w swojej pielęgnacji nie mam produktów przeznaczonych do tłustej i mieszanej cery, żadnych matujących specyfików zawierających wyłącznie alkohol. Wyrzuciłam też produkty z parafiną (wodę w organizmie zatrzymują u mnie olejki) i przede wszystkim zmieniłam mentalność. Kiedyś kupowałam jakie bądź kosmetyki. "Nawilżający krem na dzień, spoko". Nie patrzyłam na składy, nie sprawdzałam, co moja skóra lubi. Dzisiaj jestem bardziej surowa wobec kosmetyków i nie boję się wydać więcej, jeśli skład czy przychylne opinie sugerują, że ten kosmetyk może się sprawdzić. Pamiętajcie, że Wasza cera oraz Wasze ciało to inwestycja. Im więcej dla nich zrobicie, tym lepiej one będą się prezentować ;)

I to by było na tyle ;) Dajcie znać, jakie są wasze historie z pola walki o lepszą cerę! Ja już uciekam, trzymajcie się ciepło, buźka!



P.S. Nie myślcie, że używam tego wszystkiego jednocześnie :D

piątek, 3 lutego 2017

MIŁOŚĆ - SIŁA, KTÓRA ROZKRUSZA LODOWCE



Cześć kochani! Kilka dni temu portal Rabble zaproponował, abym napisała Wam moje przemyślenia dotyczące miłości. Już dawno chciałam otworzyć serię, w której będzie mniej kosmetyków, a więcej gadania, ale trudno mi było zacząć. Mail od Rable.pl skłonił pomógł mi zrobić pierwszy krok ;) Dziś mam dla Was kilka moich refleksji o miłości, zapraszam! :)


KIEDY W ORGANIZMIE FENYLOETYLOAMINA

To słowo, po którym większość z Was pomyślała "eee macarena" to związek chemiczny, zwany hormonem miłości ;) Odpowiedzialny za odczuwanie pożądania. Kiedy poznajemy nową osobę, nasz mózg działa na pełnych obrotach. Zwykle wystarczą zaledwie 4 sekundy, aby wiedział, czy ta osoba nam się podoba. Analizuje pozytywne i negatywne cechy wyglądu i po 4 sekundach zaczyna (lub nie) produkować fenyloetyloaminę. Działa ona jak narkotyk, powoduje odczuwanie motylków w brzuchu :) Świat wtedy jest piękniejszy, patrzymy na niego przez różowe okulary, wszystko wydaje się nam idealne. Mamy także więcej energii, chęci do życia i częściej się uśmiechamy. Zauważyłam też, że kiedy w organizmach szaleją miłosne hormony, ludzie są milsi i bardziej uwrażliwieni, empatyczni. Coś w tym jest ;)
Fenyloetyloamina wytwarzana jest mniej więcej przez 2 lata. Po tym czasie ważnym hormonem jest endorfina, która odpowiada za nasze poczucie bezpieczeństwa u boku drugiej osoby. 2 lata to często okres kryzysów w związkach, dlatego warto pielęgnować swoją miłość, aby uczucie nie wygasło! :)
Tyle teorii :D




NAUKA O KOMPROMISIE

Miłość to sztuka poświęceń. W moim przypadku związek to szkoła, w której uczę się dochodzić do kompromisów, przełamywać egoistyczne pragnienia i poświęcać się dla drugiej osoby. Jestem osobą, która lubi mieć wszystko albo nic. Nie lubię dzielić się swoim czasem, nie jestem skłonna do kompromisów. To znaczy nie byłam. Stały związek nauczył mnie, że czasem w życiu trzeba odpuścić, że nie można mieć wszystkiego. Nauczyłam się poświęcać swoje plany na rzecz planów kogoś innego. Zmieniać zdanie w ostatniej chwili, podróżować w towarzystwie. Robić zakupy w towarzystwie. Spędzać czas w towarzystwie. Polubiłam obecność drugiego człowieka. ;)
Głęboko wierzę, że miłość robi z każdego lepszego człowieka. Dajcie znać, czy Was związek zmienił ;)




CELEBROWAĆ MIŁOŚĆ

Walentynki nie muszą, choć mogą oznaczać wyjście do restauracji czy do kina. Może to być także wyjazd "w zielone", w góry, do innego miasta na kilka godzin. Może być to spacer po parku. Święto zakochanych nie musi nawet wiązać się z kosztami. Można usiąść na kanapie i obejrzeć film, zrobić wspólnie sernik, wypić gorącą czekoladę. Pamiętajmy też, że miłość nie wolno celebrować wyłącznie 14. lutego. Trzeba pielęgnować ją cały czas, żeby hormony nie wyparowały! :)




SAMOTNI TEŻ MAJĄ PRAWA!

Miłość nie dotyczy jedynie par! Samotni również mają prawo rozpieścić się w ten zimowy, walentynkowy czas. Będąc sama, choć denerwowała mnie ta cała celebracja, serduszka wyskakujące z każdego rogu, to nie zapominałam o sobie. Tego dnia zazwyczaj robiłam sobie domowe SPA, na które składały się moje ulubione kosmetyki i rytuały (jeśli macie ochotę, na portalu Rabble możecie złapać kody rabatowe np. do Sephory i Avon'u). Wypachniona, gładka i piękna sięgałam zazwyczaj po ulubioną książkę i wcale nie były to romanse ;) Ten dzień dobry jest na przeczytanie czegoś z poradników, refleksyjnego opowiadania psychologicznego czy historii o przyjaźni między kotem a człowiekiem ;)






MIŁOŚĆ NIE TYLKO DLA PAR

Niedługo Walentynki, święto zakochanych. W ten dzień pary celebrują swoje uczucie, świętują zakochanie. Na ulicy można spotkać pełno kobiet z różą w ręce lub mężczyzn, pędzących z bukietem na spotkanie ukochanej. 
Czy jednak miłość przeznaczona jest tylko dla par? Nie.
Walentynki to faktycznie święto zakochanych, ale miłością otaczamy nie tylko swojego życiowego partnera. Miłość dajemy rodzinie, przyjaciołom, zwierzętom domowym. Otrzymujemy ją od najbliższych, dzielimy ją z najważniejszymi dla nas osobami. Miłość chowa się pod każdym zdjęciem, wspomnieniem, biletem do kina. Nie zapominajmy o tym, że miłość to każda ważna dla nas jednostka. ;)



I to by było na tyle moi drodzy, dajcie znać, czy taka forma postów Wam się podoba, czy chcecie czytać więcej pogadanek nie tylko o kosmetykach? ;)
I oczywiście piszcie, jak u Was z miłością, co zmieniła w Waszym życiu lub co chcielibyście, aby zmieniła. ;)

Ja uciekam, trzymajcie się ciepło, życzę Wam bardzo udanych Walentynek, które spokojnie (tak jak my) możecie spędzić w dresie, oglądając seriale i zajadając się domowymi słodyczami :)

Buziaki!

I pozdrowienia dla mojego chłopaka, który od rana myśli, że post będzie w całości poświęcony jemu :*







Przeczytaj zanim skomentujesz!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz i zawsze odwiedzam blogi komentujących :) Jednak jeśli obejrzysz zdjęcia i napiszesz "super post/recenzja/migawka/ulubieńcy/denko/cotamchcesz", lepiej sobie daruj. Dla mnie liczy się jakość komentarzy, a nie ich ilość. Nie piszę tych postów dla siebie ;) Jeśli uważasz, że za dużo tu czytania, przynajmniej wyłap esencję. Puste komentarze są bardzo przykre ;)